Zmiany są potrzebne!

 

Posłuchaj

Zmiany, które następują w człowieku, to nie proces jednodniowy. Nawet wtedy, kiedy rzucamy się na głęboką wodę, nie jesteśmy „innymi ludźmi” z dnia na dzień. Często jest tak, że mamy wielkie pragnienie, aby nasze życie wyglądało inaczej, aby nasze myśli i ciało wyglądały inaczej. To już bardzo wiele, bo zdajemy sobie sprawę, że coś nie gra. Czasem popycha nas do zmian niewielki impuls, spotkanie z kimś, przeczytana książka albo wydarzenie, które zostaje nam w pamięci na dłużej.

Bardzo często zdarza się tak, że podczas naszej „przemiany” w pewnym momencie rezygnujemy. Bo jest ciężko z silną wolą (np. trzymać dietę jak dookoła tyle spotkań ze znajomymi) albo nie mamy czasu (na naukę nowej umiejętności, która pomoże nam osiągnąć wymarzony cel). Czasem po prostu nam się nie chcę, bo zmiany są najzwyczajniej trudne. Kiedy kilkanaście/kilkadziesiąt (jeju jak to brzmi!) lat robimy coś po swojemu, trzymamy swoją strefę komfortu pod pierzyną, to trudno się dziwić, że zmiany bolą i w środku czujemy kłujący niepokój.

Ja właśnie jestem w takim momencie w życiu. Kiedy przechodzę ogromną transformację. Nie tylko dlatego, że poszłam do szkoły fotograficznej w wieku 32 lat, po ukończonych dwóch kierunkach studiów i ciekawej pracy w biurze podróży (jeszcze w Polsce). W dzisiejszych czasach dużo się słyszy o osobach, które rzucają w miarę ustabilizowane życie i walczą o marzenia. W moim przypadku jednak jest to walka ze stereotypami i myśleniu o samej sobie. Nie wychylaj się, nie odzywaj się nieproszona, nie zwracaj na siebie uwagi, nie mów ile zarabiasz, nie zwierzaj się za bardzo ludziom w pracy itp. Właśnie z tym się mierzę. Z byciem niewidzialną. Z byciem osobą, która powinna przeżyć swoje życie nie przeszkadzając nikomu, nie mówić zbyt wiele, raczej podporządkować się temu co los przyniesie i funkcjonować wg. ogólnie przyjętych norm. Znacie ten schemat myślowy?

Nie będę winić tu nikogo za to w jaki sposób myślałam o sobie wiele lat. Na to mogło złożyć się wiele spraw. Czasem to kwestia wychowania, ale i trudnych sytuacji w jakich się znaleźliśmy i reakcji na nie. Norm, które panują w społeczeństwie w jakim aktualnie żyjemy, wpływu otoczenia i bliskich. Kiedy byłam bardzo młoda i kształtował się mój charakter, myślałam, że tak po prostu musi być. Tak wygląda życie. Dopiero kilka lat temu zaczęłam wyściubiać nos ze swojej skorupki i smakować, co tak naprawdę do ma do zaoferowania świat na zewnątrz.

Tak jak pisałam, to nie jest łatwy proces, zmieniać swoje myślenie po dwudziestu kilku latach. Nawet, kiedy już wiem, że wiele z tych „zasad” jest bez sensu, nadal do mnie wracają w wielu sytuacjach. Jestem teraz w szkole w której podstawowym językiem jest szwedzki. Zajęcia są po szwedzku, materiały są po szwedzku, studenci rozmawiają po szwedzku. Większość zna angielski, ale niektórzy twierdzą, że słabo i nie chcą go używać (np. niektórzy wykładowcy), więc jeżeli czegoś nie zrozumiem muszę pytać. A nie rozumiem często, bardzo często, więc uwierzcie mi sam proces „wychylania się” jest już dla mnie sporym wyzwaniem. Mówienie zakurzonym angielskim przed całą grupą jest wyzwaniem, pytanie ludzi na ulicy, aby zrobić im zdjęcia (szwedzi bardzo cenią swoją prywatność i nie lubią być na zdjęciach) jest wyzwaniem, przygotowywanie materiałów po szwedzku na zajęcia też. Ogólnie rzecz biorąc, muszę ciągle o coś pytać, o sprawy techniczne i organizacyjne, o tłumaczenie ze szwedzkiego na angielski itp. A ze mnie to taka Zosia Samosia i uwierzcie mi, nie jest dla mnie łatwe to wszystko. Oczywiście nikt nie robi mi w związku z tym pod górkę, dużo osób chcę pomagać, to tylko moje myślenie mnie powstrzymuje.

Już chciałam kilka razy rezygnować (a nie minął jeszcze miesiąc w szkole), poryczałam się tyle samo. Mam wrażenie, że jestem w emocjonalnym kołowrotku. Po pierwsze, bo walczę ze swoimi słabościami, a po drugie bo odkrywam siebie od strony fotograficzno/artystycznej. To niesamowite jak wiele we mnie otworzyło te kilka tygodni w szkole. Widzę jak dużo się zmienia. Dlatego nie poddaje się, chociaż wiem, że tak byłoby wygodniej i łatwiej. Bo mimo niedogodności ta cała przygoda jest mi potrzebna. Wierzę, że to wszystko nie dzieje się bez przyczyny.

Zmiany dla mnie to też rezygnacja z pewnych rzeczy, przyzwyczajeń, znajomości. Mam wrażenie, że odkrywając siebie dochodzimy również do tego, co jest dla nas dobre, a co nie. To przychodzi samo i myślę, że należy wówczas słuchać swojej intuicji. Myślę, też, że zmiany dobrze weryfikują znajomości i przyjaźnie. Bo jeżeli, ktoś nie akceptuje tego, że się wzmacniamy i rozwijamy, to czy naprawdę warto tracić energię na taką osobę?

Piszę o tym trochę dla siebie i trochę dla Was. Żebyście wiedzieli, że wprowadzenie zmian, które wyglądają tak prosto w motywacyjnych książkach, to ciężka praca i długi proces. Ale też, że warto, bo nie ma nic lepszego, niż satysfakcja z tego, że pomimo wielu przeszkód daliśmy radę i zbliżamy się do wytyczonego celu.

„Wiecie dlaczego ludzie boją się zmian? Bo zmiany przenoszą człowieka z pozycji mistrza do pozycji ucznia.” – Autor nieznany

Veganama Opublikowane przez: