Tryb samolotowy

Arek od dawna przed snem mówi mi, żebym włączyła w telefonie tryb samolotowy. To samo, kiedy mam słabą baterię albo oglądamy coś razem. Bo nie ma sensu, żeby telefon działał w pełni, kiedy nie musi. Budzik jasna sprawa, ale powiadomienia z fejsa i wibracje z okazji nowych wiadomości w nocy są bez sensu. Nie raz było tak, że telefon mnie wybudził, przez jakiś komentarz albo maila. Coś migało nieodczytane, męczyło. Apkę fejsa skasowałam (uff!).

W te wakacje zauważyłam, że mniej wisiałam na telefonie. Nie planowałam żadnych detoksów, oddechów od internetu i nie składałam wielkich obietnic sobie samej i innym. Po prostu kiedy wyładował mi się telefon (co zdarza mi się niezwykle często), nie rzucałam wszystkiego w poszukiwaniu ładowarki, tylko odkładałam go na bok. Po kilku takich przerwach zobaczyłam, że świat nie runął, ludzie nadal istnieją w moim życiu, a przyjaciele nadal kochają, nawet jeżeli odpisałam im z kilku godzinnym opóźnieniem.

Poprzedni rok bardzo wiele mnie kosztował. Intensywne godzenie życia rodzinnego ze szkołą, rozwojem swoich pasji i pracą doprowadziło mnie na skraj stanów lękowych i nerwicy. Na szczęście opamiętałam się w ostatnim momencie, kiedy moje ciało zaczęło wołać o pomoc. Zaczęłam włączać tryb samolotowy. Tak dosłownie i w przenośni. Zadbałam o siebie, swoje zdrowie psychiczne i zawieszając się na widoku za oknem, starałam się wsłuchać w siebie.

Tryb samolotowy jest fajny. Serio.

Veganama Opublikowane przez: