Rodzicielstwo intuicji

5 lat temu, kiedy byłam w ciąży z Matyldą pochłaniałam ogrom książek o rodzicielstwie. Czytałam też blogi, fora i głowa mnie bolała od tych wszystkich informacji. Pamiętam, że tuż przed porodem po zakupieniu miliona rzeczy z list „must have” odłączyłam się od tych wszystkich wiadomości, porad i „dobrych sposobów na”, bo już nie wiedziałam jaką drogę obrać.

Wierzyłam bardziej doświadczonym, lekarzom i innym mamom. Po rozum do głowy poszłam kilka miesięcy później, kiedy zaczęłam polegać na własnej intuicji. Kiedy wraz z Arkiem nie daliśmy się zmanipulować i zastraszyć lekarzom. Kiedy kwestionowane i wyśmiewane były nasze wybory. Kiedy sposób wychowania był komentowany przez inne mamy. Jednak my ciągle obstawaliśmy przy swoim.

Przy mojej wegańskiej ciąży, o której pisałam na blogu zderzyłam się krzywdzącymi komentarzami, czasem absurdalnymi. Ciągle coś mnie kuło i zakłócało spokój. Jednak czułam, że robię dobrze. Ten wewnętrzny głos podpowiadał, że moje wybory są słuszne i jedynie mąciły to opinie innych ludzi.

To samo było już kiedy Lila pojawiła się na świecie. Ciągle działaliśmy w zgodzie ze sobą, w najlepszej wierze dla dobra dziewczyn, ale nie zapominając o sobie. Od początku nie byliśmy rodzicami, którzy żyją tylko dziećmi. Mieliśmy swoje pasje, a ja dopiero rozpoczynałam swoją przygodę z fotografią, więc dzieliśmy to najlepiej jak potrafiliśmy.

Przyzwyczajaliśmy dziewczyny od najmłodszych lat do tego, że podróżujemy. Czasem razem, czasem osobno. Przyzwyczajaliśmy, że w większości czasu pracujemy lub uczymy się w domu, więc musimy sobie jakoś organizować czas, żeby wywiązać się z zadań i obowiązków. Przyzwyczailiśmy, że nie ma nikogo do pomocy, bo mieszkamy w Szwecji bez bliskiej rodziny, więc musimy sobie radzić sami i dlatego jesteśmy tak zżyci.

Zamieszkaliśmy w domku w lesie, nie tylko ze względu na swoje widzimisie i spełnienie marzeń, ale też dla nich. Żeby były blisko natury, żeby pokochały ją tak samo jak my od najmłodszych lat. Żeby takie właśnie otoczenie było dla nich naturalne. Nie betonowe bloki.

Kiedyś w rozmowie ze znajomymi, zostaliśmy zapytani jakie zajęcia w przedszkolu mają nasze dziewczyny. Robotyka, angielski, matematyka? Nasze dziewczyny…yyyy… głównie się bawią, odpowiedziałam. Chodzą do lasu, sadzą warzywa w ogródku i śpiewają szwedzkie piosenki. Praktycznie codziennie odbiegają od wizji idealnego dziecka z instagrama.  Ubrania nie do pary, wiecznie czymś umorusane, z buziami wysmarowanymi piachem i co chwila mają dziurawe spodnie lub rajstopy. Czy robimy coś źle?

Nadal często śpimy razem, choć dziewczyny mają swój pokój. Nie zabraniamy im kiedy mają taką potrzebę. Zresztą bardzo to lubimy. Przytulamy się ultra często i okazujemy uczucia jeszcze częściej. Tak mamy.

Nie jesteśmy bez wad. Wciąż popełniamy błędy. Jednak w tym wszystkim nie dajemy się zwariować i nie zapominamy o tym, że najlepszym doradcą jest nasza intuicja, a nie kolejny fancy poradnik…

Veganama Opublikowane przez: