Preikestolen

Budzimy się o 3.30 w samochodzie w zatoczce przy drodze na Preikestolen. To nasza pierwsza noc w Norwegii, którą spędziliśmy na rozłożonych przednich fotelach (co nie było najlepszym pomysłem). Arek wychodzi z samochodu, zapala latarkę, kładzie ją pod nadkolem samochodu i parzy kawę w aeropressie. Mimo, że spaliśmy 4h, jesteśmy w dobrych nastrojach i podekscytowani naszym pierwszym hikingiem. Przyjeżdżamy na parking, płacimy za postój, przebieramy się, pakujemy plecaki i ruszamy na 2 h spacer, w miejsce, które było na mojej liście „must see” od dawna. Jest jeszcze ciemno. Na szlaku nie widzimy nikogo, więc spokojnym tempem w ciszy ruszamy przed siebie. Arek wiele lat chodził po górach (stamtąd w końcu pochodzi), więc taka trasa to dla niego niczym spacer do warzywniaka. Ja jednak miałam długą przerwę, więc wzdycham co jakiś czas, przeklinając swoją osłabioną kondycję. Na wschód słońca już nie zdążymy, jednak to absolutnie nie przyćmiewa widoków po drodze. Absolutnej ciszy, piękna natury, które w danym momencie jest tylko dla nas. Cieszę się każdym pokonywanym krokiem, w rękach dzierżąc kije trekingowe, z którymi nie miałam wcześniej do czynienia. W połowie drogi mijamy rozstawione namioty w miejscach absolutnie zapierających dech w piersiach. Dopiero pod koniec trasy widzimy ludzi wracających ze wschodu słońca na Preikestolen, to dopiero musiało być przeżycie! 

Jesteśmy! Co za widok… Słońce przedziera się przez mgłę, muszę to uwiecznić! Wyciągam aparat i zbliżam się do miejsca, z którego kadr wydaje mi się idealny. On i pies, przyjaciele na szczycie. Rozczulam się totalnie, robię dosłownie dwa zdjęcia, ale chwilę później patrzę w dół i się zaczyna…

Płacz, którego nie umiem opanować, oddycham szybko, serce zaczyna walić jak wściekłe, ręcę zaczynają się trząść. Podbiega do mnie Arek i mocno tuli. „Wszystko dobrze, jestem tutaj, nic Ci nie grozi”. Chwile zajęło mu opanowanie mojego ataku. Zupełnie zapomniałam, że tak reaguję na widok przepaści, otwartych przestrzeni i miejsc „bezbarierkowych”. O lęku przestrzeni dowiedziałam się jeszcze na studiach podczas praktyk studenckich w Tatrach, ale nie miałam okazji przebywać w takich miejscach przez długi czas. To taka mała przypominajka, myślę sobie, ale nie dam się tak łatwo. W tym roku słowo ODWAGA towarzyszy mi na codzień, więc staram się swoją schowaną pod kołdrą strefę komfortu wystawiać na małe próby. Tym razem wyzwaniem było zbliżyć się do krawędzi przepaści. Tak w granicach bezpieczeństwa, tak żeby pokonać lęk, żeby udowodnić sobie samej, że nic się złego nie stanie. 

Do krawędzi zbliżałam się milimetrami, oddychając szybko i nerwowo. Walczyłam, starając się nie patrzeć na ludzi, którzy kładą się obok i zwisają głową w dół, powodując u mnie ból każdej części ciała (taki nerwowy prąd nie do opisania, znacie to?). Doszłam w miejsce, które sama sobie założyłam i ani kroku dalej. „Nie wstanę, tak będę leżał” jak to mawiał klasyk. Łzy napływają do oczu, ręce pocą się jak na studniówce, stoję. Obiecałam sobie, że chwilę tu zostanę. W końcu szłam tu dwie godziny, wstałam w środku nocy,  pozachwycaj się widokami Marta. Zachwycam się, na tyle, na ile pozwalają mi pozostające w konflikcie myśli…

Na sam koniec puszczamy drona. To nasze pierwsze próby. Świeżaki, dopiero się uczymy i zapoznajemy z zasadami, technikami itp. Nieświadomi, że tu nie wolno, lądujemy zawstydzeni. Nie zauważyliśmy znaku. Dopiero później wydaje nam się oczywiste dlaczego… Przepaść, hałas, człowiek się zapatrzy i nieszczęście gotowe. Mamy nauczkę i przy następnych lotach za każdym razem, zastanawiamy się, czy nikogo nie narażamy na niebezpieczeństwo, nie przeszkadzamy…

Podczas schodzenia z Preikestolen wiedziałam, że nie dam rady iść w moich anansowych butach. Niestety, noga spuchła i z podwiniętymi palcami czułam boleśnie każdy krok. Przezornie wzięłam ze sobą klapki (jakby co), ale Arek stwierdził, że to może przynieść więcej szkody niż pożytku i zaoferował mi swoje buty. Jak dobrze, że mamy prawie taki sam rozmiar stopy! Ale co z nim? Prosta odpowiedź „będę szedł boso”. Buty z pinatexu podczepił do plecaka i skakał po skałach jak kozica. Serio! Musiałam przyspieszyć tempo, żeby za nim nadążyć. Dumna z męża szłam i obserwowałam z jaką lekkością pokonuje kolejne skalne stopnie. 

Nasz spacer powrotny nie był już otulony ciszą lasu, bo na trasę wypełzło pełno ludzi. Miło patrzyło się na rodziny z dziećmi, ludzi z psami, dużo młodzieży, jednak w niektórych momentach robił się tłok i nie szło się już tak przyjemnie jak o 4:00 rano. Idąc za Arkiem widziałam na twarzach ludzi duże zdumienie, że idzie boso. Niektórzy się zatrzymywali, pukali po ramionach, żeby zobaczyć jedynego bosnogiego na szlaku. Pojawiły się komentarze, że super masaż dla stóp i polskie „Zobacz, można? można!”. Ciekawie było to obserwować, szczególnie azjatyckie reakcje mnie rozwalały na łopatki!

Nie planowałam tej wyprawy, nie nastawiałam się, wręcz mentalnie nie byłam na nią przygotowana. Z perspektywy czasu stwierdzam, że to najlepsza z możliwych opcji na walkę z lękami panoszącymi się w głowie. I cieszę się, że przełamałam ten strach, robiąc mały krok w kierunku wewnętrznego spokoju…

Wszystko jest możliwe, nawet pokonanie lęków, które fizycznie bolą i blokują głowę. Odwagi! Dla siebie i dla Was <3

 

Veganama Opublikowane przez: