Piątek z tiulówką

Zauważyłam, że były takie miesiące, w których nosiłam ciągle to samo. Jestem w domu, więc nie chcę niszczyć swoich „najlepszych rzeczy”. Wiszą sobie te moje słodziaki, piękne sukienki, bluzki z odkrytymi plecami, spódnice plisowane i się kurzą. Zaczęło mnie to denerwować. Jestem estetką, więc jak mijałam lustro i patrzyłam na siebie, to mój wzrok uciekał gdzieś indziej. Nie podoba Ci się to? Czemu sobie to robisz? Tak sobie zaczęłam rozmyślać, czemu tak strasznie nie chcę nosić moich ukochanych rzeczy, kiedy jestem w domu. Przecież dzieci nie są tak małe, że im się ulewa, wiadomo, że ubrudzić się można w każdym momencie. Ale czy to takie straszne? Przecież się upierze, a nawet jak nie, to czy świat się skończy?

Sama powtarzałam mojej mamie, żeby nie trzymała rzeczy, których nie nosi. Żeby nie chomikowała ubrań na okazję, a zauważyłam, że sama to robię. Hmmm… no wiadomo, odkąd zaczęłam inwestować w lepszą jakość, odzież stała się droższa i jakoś mi było szkoda jej nosić „po domu”.

Jednak nadszedł moment kiedy coś przymierzałam. Chyba szykowałam się na wyjazd, czy na jakieś wyjście. Założyłam moją spódnicę tiulową, którą mam już kilka lat. Zabierałam ją na wiele sesji swoim modelkom, sama miałam ją na kilku imprezach. Fajnie się poczułam, do tego wystarczył mi zwykły t-shirt i czułam się naprawdę świetnie. Matylda jak mnie zobaczyła, powiedziała: „Mama jesteś księżniczką”. Nogi mi zmiękły i pomyślałam sobie, dlaczego właściwie nie chodzę tak ubrana częściej. Czemu moje córki muszą mnie oglądać w wersji „ziomka” jak to mówi mój mąż. Przecież w tak młodym wieku kształtuje się ich estetyka, spojrzenie na świat. Nie zrozumcie mnie źle. Nie chodzi mi o strojenie się codziennie jak na sylwestra, obsypywanie się brokatem i kręcenie papilotów. Mam na myśli raczej wrzucenie luz, zabawę i dystans do siebie. Już kilka razy robiłam tak, że jak miałam ochotę na założenie fajnej sukienki z odkrytymi plecami, a cały dzień byłam w domu z dziećmi to sobie tego nie broniłam, Dostało jej się pieczonym ziemniakiem, czy mlekiem owsianym, ale żyje i ma się świetnie.

Wiadomo, każda z nas mam, żon, partnerek, singielek ma wiele na głowie. Żyjemy w świecie wypełnionym po brzegi obowiązkami i pracą. Mam wrażenie, że czasem zapominamy, że tak łatwo możemy sprawić sobie przyjemność. Każda z nas lubi dobrze wyglądać, ma swoje ulubione ubrania na specjalne okazje. Czemu nie chodzić w nich częściej? To może być jeden dzień w tygodniu. Każda z nas ma swój harmonogram, nie ma co się ograniczać co do konkretnego dnia. U mnie zazwyczaj są to piątki. Nie chodzi mi o żadną specjalną okazję. To nie opcja rocznicowej kolacji, urodzin, czy święta górnika. Ot zwykły dzień gotowania zupy pomidorowej i zmieniania pieluch. Jeżeli nie macie ochoty na przebieranki, to może makijaż? Ja już cieszę się jak norka, jak zrobię sobie równą kreskę, ale może lubicie bardziej zaszaleć?

Chciałabym Wam przekazać, co sprawdziłam na sobie. Naprawdę dobrze jest zrobić sobie choć jeden dzień w tygodniu, kiedy założycie coś fajnego, innego niż zazwyczaj. A może zrobicie fajną fryzurę i makijaż. Ale nie na wieczór. Nie kiedy przyjdzie partner do domu lub kiedy odwiedzi Was przyjaciółka. Chodzi mi o taki dzień od rana do wieczora. Standardowy dzień domowy. Ja już wprowadziłam…

#piątekztiulówką

Oczywiście nie zawsze jest to tiulówka. Czasem wybieram dopasowaną sukienkę, koszulę, czy coś innego na co mam ochotę. To ma być rzecz, której nie noszę na co dzień. Czasem ubieram się tak częściej niż jeden dzień w tygodniu. A może wejdzie mi to w krew i będę to robić codziennie? Na razie zobowiązuję się na ten symboliczny piątek.

Co na to mąż i dzieci?

Tylko ich punkt widzenia mogę przedstawić, nikt inny mnie nie widział w takim stroju, poza sarnami, które widziały moje wszelakie stylizacje. Także Arek zdecydowanie jest na tak. Lubi widzieć mnie inaczej niż w bluzie i leginsach albo stroju na siłownię co mi się ostatnio zdarzało, jak ćwiczyłam w domu. Dziewczynki reagują równie entuzjastycznie mówiąc mamie, że wygląda jak księżniczka, co wywołuje uśmiech na twarzach obydwojga rodziców. Skoro wszyscy są zadowoleni, to postanowiłam, że taki nowy zwyczaj wprowadzę w życie czym prędzej. Widzę same plusy takich małych przyjemności, więc jak komuś wyda się śmieszne, że raz w tygodniu chodzę w tiulówce po domu i rozwieszam pranie albo kroję ziemniaki, to będę musiała z tym żyć.

Co Wy na to? Przyłączacie się do mojej akcji? Oznaczajcie #piątekztiulówką Wasze domowe niecodzienne stylizacje. Ja będę przedstawiać je co jakiś czas na instagramie, więc śledźcie mnie koniecznie !

Veganama Opublikowane przez:
  • PIĘKNE ZDJĘCIA! Naprawdę jesteś tak ładna, do tego ten klimat… CUDO!
    Chyba też coś takiego zrobię, ale u mnie to raczej powinna być sobota, bo to zawsze jest u mnie najgorszy dzień pod względem ubioru ; )
    Jadwiga

    • O rany, pięknie dziękuje <3 Pewnie, że może być sobota 🙂 Kiedy tylko chcesz, najważniejsze, żeby choć raz w tygodniu zrobić sobie taki "wyjątek od reguły". Super uczucie 🙂

  • Ja dzielę garderobę na domową i nie-domową. Ale jakiś czas temu zaczęłam zwracać uwagę na to, by domowe rzeczy były fajne. Wygodne, ale niekoniecznie zwyczajne. Jednak trochę mi brakuje takich ubrań w sklepach – niezwykłych dresów, spodni, szortów, spódnic. Albo może jeszcze ich nie dostrzegłam.
    Ale z to właśnie zwróciłam uwagę, że jakiś czas temu kupiłam fartuch do gotowania – żeby chronić ubrania. I ten fartuch tak mi się podoba, ze go nie noszę, bo boję się, że się zabrudzi 😀 To jakiś nowy level dbania o tkaniny, hahaha.
    Tak że na tuilówkę po domu na razie się nie skuszę, ale może zacznę korzystać z fartucha 😉

    • Inaczej jak chodzisz do pracy, to wiadomo, w pewnych rzeczach nie chodzisz po domu. Przynajmniej ja tak miałam jak pracowałam w biurze…yyy… kilka lat temu 😮 Zgadzam się co do braku fajnych zwyczajnych niezwyczajnych rzeczy. Kilka razy rzuciły mi się jednak ubrania w sklepie GRANIT z wyposażeniem wnętrz, na pewno znasz. Teraz jest dużo, nie wiem czy lubisz. Jedynie ceny mogą zniechęcić.

      Co to fartuchów, to piąteczka 🙂 Mam takie dwa i ciągle mi szkoda, przypomniałaś mi. Dzięki. Dziś zakładam sukienkę i gotuje w fartuszku o 😉

      • Hahaha, fartuszki będą nowym hitem Instagrama, jeśli się rozejdzie <3

        Muszę zerknąć na ubrania w Granicie. Dzięki za cynk!

  • Kat

    „jak komuś wyda się śmieszne, że raz w tygodniu chodzę w tiulówce po domu i rozwieszam pranie albo kroję ziemniaki, to będę musiała z tym żyć.” – ale się uśmiałam!!! 🙂 Super wpis! U mnie nadal etap ulewania, ale zainspirowałaś mnie! Nagminnie chodzę w tych samych domowych stylówach, piorę i znowu zakładam – i też staram się nie spoglądać w lustro! Ostatnio zamarzyła mi się jeansowa koszula i kupiłam tę Idealną, która zapoczątkowała etap zmian wizerunkowych 🙂 Ten wpis to kropka nad „i”. Idzie lepsze! 🙂 Ściskam i dziękuję!

  • Świetny pomysł! Kibicuję ogromnie 🙂 ja siedzę w domu też już ponad 2 lata grubo, a bardzo nie lubię chodzić w byle wyciągniętym dresie bo kto mnie ogląda. Nigdy też nie zalegam w piżame do południa bo tego nie cierpię. Pod koniec ciąży mam nieco ograniczony repertuar ubrań ale nie chodzę w niczym dziurawym ani poplamionym. Lubię się delikatnie umalować i uwielbiam kiedy Zosia zobaczy mnie w takiej wersji, pokazuje paluszkiem na moją buzię i robi pełne uznania „woow” ♡ cudowne uczucie więc wyobrażam sobie jak wiele radości dają słowa że mama wygląda jak księżniczka.

    Też to zawsze mojej Mamie mówiłam, szkoda trzymać rzeczy dla zasady, założyć raz w roku żeby się nie zniszczyły przypadkiem. A ja zamierzam uczyć tego moje dzieci, życie jest za krótkie żeby ze wszystkim się wstrzymywać! Zwłaszcza że tak jak piszesz – to tylko ciuch, istnieją odplamiacze 🙂 fajnie że Arek też ma do tego takie pozytywne podejście! Myślę że wielu mężów wolałoby oglądać żonę ubraną do krojenia ziemniaków w tiul niż w wyciągnięty dres, nawet jeśli sami sobie z tego nie zdają sprawy 😉 będę hasztagować na insta przy każdej okazji! :*

    • Haha mi się zdarzało zalegać przyznam szczerze, ale źle się wtedy czułam i unikam jak ognia takich sytuacji.

      Dziś poleciał pierwszy hasztag 😀 To był naprawdę miły dzień. Chodziłam w imprezowej sukience i ciągle tańczyłam to tu to tam 😛 hehe Nawet zupkę mi się milej gotowało 🙂

      • Szukałam po hasztagu i nie ma jeszcze nic pod nim 🙁 ale jeśli to ta ze zdjęcia przy zupie 😉 to mrauu!

        • hehe na stories wrzuciłam, ale już posssszłooo 🙂 taka bez ramiączek, pewnie widziałaś 😛

          • aaa to chyba że. No właśnie nie kojarzę, żesz kurczę!

  • Od kiedy mieszkam z M., wyrzuciłam wszystkie brzydkie rzeczy „po domu”, które zbierałam od lat. Staram się zawsze mieć minimalny makijaż (tusz, jasna pomadka, podkład) i chodzę w zestawie „4 sukienki za krótkie na ulicę” 😉 Lepiej się czuję znacznie od kiedy wywaliłam wyciągniete dresy. W bardzo eleganckich rzeczach nie chodzę po domu i pewnie nie zacznę, ale staram się spełniać minimum estetyki 😉

    • Brawo Aga 🙂 hehe podoba mi się „4 sukienki za krótkie na ulicę” 😀
      Każdy ma gdzieś swoje granice, jeżeli zbyt eleganckie rzeczy po domu to nie dla Ciebie to nie ma sensu się zmuszać 🙂 Ja za to niezbyt często się maluje, ale za to szaleje z ciuszkami 🙂

  • Świetny projekt! Ciuchy po domu mają tendencję do rozprzestrzeniania się i trzeba to ukracać 😉 Też mam, też mam tiulową spódnicę, bo mi się dobrze kojarzy z baletem 😉
    Popieram nieoszczędzanie rzeczy na „okazje”. Bo te mogą się nigdy nie zdarzyć albo być bardzo sporadycznie. W tym temacie najlepiej brać przykład z włoskich ulic 😉

    • Dokładnie, szkoda, życia na noszenie starych powyciąganych ubrań. Ja dziś gotowałam zupę w ślicznej sukience bez ramion i totalnie nie jest mi szkoda, że się pobrudziła 🙂 Upierze się i tyle, a ja dzięki niej mam świetny nastrój od rana 🙂

  • Elwina | Cukropuch.pl

    Podoba mi się! Ja już od roku praktykuję #wszystkiedniztiulówką – tak bym to nazwała. A ten stary zwyczaj z tymi ubraniami na okazje, eh, jak mówiła moja babcia „Elwiniu w nowej rzeczy to trzeba do kościoła pierwsze iść”… W zimie jest ta trudność, że wolę mieć na sobie coś, na co mogę od razu narzucić kożuch i wyjść.

    • No tak, ciężko czasem wyrwać się z zakorzenionych przyzwyczajeń. Dziś chodzę sobie po domu w sukience, w której normalnie poszłabym na jakaś imprezę albo na wesele 😀 Czuje się fantastycznie 😉

      • Elwina | Cukropuch.pl

        Ja dzisiaj w bluzce bez pleców. Czuję miłość i kobiecość w powietrzu 😊

  • Piękne zdjęcia, spódnica też 🙂 Popieram ideę, sama nie mam ubrań, które noszę tylko w domu. Teraz pracuję z domu, ale chodzę w tym samym, w czym chodziłam bo biura, a wcześniej na zajęcia, nie maluję się tylko. Są rzeczy, których mimo wszystko nie zakładam w domu, np. lepszych jeansów czy delikatnych sukienek, bo kot by mi je od razu podziurawił pazurami przy układaniu się na kolanach, mimo wszystko szkoda. Ale życie jest za krótkie, żeby spędzić je w dresie 😉

    • Dziękuję Moniko 🙂 No ja właśnie też rzadziej się maluje, a powinnam, bo poprawia mi to nastrój. Choć z drugiej strony lubię jak moja skóra odpoczywa 🙂 Zgadzam się z Tobą, dresy out 😀

  • Przylaczam sie! Juz w domu dokonalam paru zmian, bo ja z tych co po przyjsciu do domu wskakuje w rozciagniety dres… Od kilku dni dres zastapilam ulubionymi jeansami, do sukienek po domu musze dojrzec. Chociaz latem praktykowalam zdecydowanie czesciej.
    Za to dzis do pracy zalozylam nowa sukienke i czuje sie jak milion dolarow. Czasami tak niewiele potrzeba, aby znow lepiej poczuc sie sama za soba.
    Popieram projekt calym sercem!

    • Ja się pozbyłam ostatnich dresowych spodni, ale dlatego, że w nich nie chodziłam 😛
      Cieszę się, że popierasz, właśnie o to chodzi, żeby takimi drobiazgami poprawiać sobie nastrój i samopoczucie 🙂 Latem będziemy szaleć 😀

  • To chyba najgorsze co wynosi się z domu – odkładanie ładnych rzeczy na okazję. Mam kilka takich ubrań, których nigdy nie założyłam, bo czekały na okazję, a potem przestały mi się podobać. Od kilku miesięcy staram się już tak nie robić i gdy coś kupuję, to w tym chodzę, no chyba, że jest to sukienka kupiona na konkretną okazję.
    Z racji, że pracuję z domu chyba muszę zacząć działać tak jak Ty mówisz – choć w jeden dzień malować się i ubierać ładnie, a nie w codzienne rzeczy. Tak wczoraj zrobiłam i lepiej mi się pracowało. Pójdę za Twoim przykładem i będę tak robić częściej. A dzieci mają rację – wyglądasz jak księżniczka w tej tiulówce. 🙂

    • Oj tak, pamiętam to do dziś jeszcze do babci i mamy 🙂
      Cudownie, że już spróbowałaś, wielkie brawa 😀 Cieszę się, że będziesz robić to częściej 🙂 I bardzo dziękuje za miłe słowa, dziewczyny też lubią od czasu do czasu pochodzić w tilulówkach 😛

  • Pingback: Bo kocham siebie… – Veganama()

  • Marta Bartosiewicz

    Bosz Martuś czemu mi to umknęło? Dołączam! Niech będą to poniedziałki, środy i piątki 🙂 Trochę nieświadomie już zmieniłam jedną rzecz! Przestałam nosić w ciągu dnia dresy i leginsy!!!! Zmieniam dopiero przy kąpieli dzieci już na piżamkę 😉
    Świetny pomysł, niech idzie w świat!

    • Cudownie 🙂 Bardzo się cieszę 🙂 U mnie dziś wprawdzie nie ma tiulówki, ale jest wiśniowa szminka 🙂 Świetnie, że już działasz. Metoda małych kroczków jest najlepsza, widziałam dziś na insta, że piękny makijaż wykonałaś, więc brawo dla Ciebie 🙂