Norwegia po raz pierwszy!

Wprawdzie w Norwegii byliśmy rok temu, ale jakoś nie mogłam się zebrać, żeby napisać ten tekst o jednej z najpiękniejszej podróży jaką odbyliśmy w swoim życiu. Miałam poczucie, że muszę to zrobić idealnie. Że musi być to wpis pełen peanów i zdjęć żyletek, które miały oddać piękno i wyjątkowość tego kraju. Zwlekałam, zwlekałam i w końcu wygrałam ze swoim perfekcjonizmem, bo po prostu chciałam zebrać w jeden wpis zdjęcia i wrażenia z naszego pierwszego i nieostatniego wyjazdu do Norwegii. Lecimy dziś! 6.07.2019. Chwilę wcześniej niż w 2018, bo w minionym roku byliśmy z A. tylko na 6 dni pod koniec lipca. Wyjazd spontaniczny, bo miał być takim rozeznaniem przed dłuższymi podróżami. Finanse nie pozwalały nam na dłuższe wojaże, a bardzo nas ciągnęło do kolejnego skandynawskiego kierunku. 

Pierwsze łazikowanie. W planach Preikestolen. Wieczór wcześniej budzik ustawiamy na 3:30, czyli śpimy dosłownie 4h po podróży z lotniska koło Oslo. Zasypiamy na rozłożonych fotelach w samochodzie, co okazuje się nienajlepszym pomysłem. W pełni zdeterminowani, wstajemy z bolącymi plecami i przygotowujemy się na wycieczkę na Preikestolen. Jest jeszcze ciemno, więc Arek z latarką przy nadkolu samochodu parzy kawę w aeropressie. Zakładamy ciepłe ubrania, buty trekkingowe i jesteśmy gotowi. Na parkingu przy szlaku cisza. Wow! Myśleliśmy, że takich ludzi jak my będzie więcej. Ale patrzymy na zegarki, jest 4:00, no dobra, pewnie jeszcze śpią i niebawem ruszą. Cieszymy się więc, że trasę mamy dla siebie i rozkoszujemy się widokami. Ja idę po raz pierwszy z kijami trekingowymi. Przy schodzeniu doceniam je niesamowicie! Przez 1,5 godziny idziemy sami, wsłuchując się w las, podziwiając po drodze porozstawiane namioty w miejscach zapierających dech w piersiach. Na koniec mijamy kilka osób wracających z podziwiania na szczycie wschodu słońca, pozdrawiając się z uśmiechem. Docieramy na miejsce i z wrażenia jedyne co możemy powiedzieć to „wow”. Sięgam po aparat, widzę moment, który muszę uwiecznić. Jeszcze zanim dopadł mnie lęk przestrzeni skupiam się tylko na tej chwili.


Przyjaciele, razem na szczycie. Wspólna wyprawa. Bezcenny czas. Tylko on i jego pies przyjaciel. Robi zdjęcie telefonem, bo widok odbiera mowę. A ja fotografuję ich, zatrzymując te chwile na zawsze, nie ukrywając wzruszenia…

O lęku przestrzeni dowiedziałam się o nim na studiach podczas wyprawy w Tatry. Przypomniałam podczas wspinania się na wieżę Eiffla, no i w Norwegii mnie dopadło. Strach, płacz, panika, pocące się ręce. Żegnanie się w myślach ze światem i dziwne dźwięki w uszach. Nie da się nad tym zapanować. Na szczęście lekko przerażony Arek zareagował szybko, zanim totalnie się rozsypałam. I to dzięki niemu mam kilka pamiątkowych zdjęć z Preikestolen. Było warto wstać o 3:00, parzyć kawę przy latarce przyklejonej do samochodu, mieć szlak dla siebie i mimo lęków spełnić swoje małe marzenie. Norwegio co ty ze mną robisz ❤️

Kolejny dzień w podróży i wieczorne poszukiwania noclegu prowadzą nas do górskiego strumyka, nad którym przygotowujemy sobie ciepły posiłek na małym palniku gazowym. Okolica jest przepiękna, a woda kusi mnie bardzo mocno, żeby się w niej zanurzyć. Przed snem moczę tylko stopy, spaceruje po kamykach i sprawdzam jak wartki jest strumień. Nie ma szans, żeby tu popływać, zaraz mnie zmiecie, spanikuję i nieszczęście gotowe, podpowiada mi umysł mieszczucha. Rano budzę się z silnym postanowieniem, że spróbuję. W tym roku towarzyszy mi słowo odwaga, więc nie ma co rzucać słów na wiatr, tylko działać. Woda jest zimna myślę sobie, ale jestem już zaprawiona, po wczesnowiosennych kąpielach w jeziorze koło leśnego domku i chłodnych prysznicach. Po chwili siadając na śliskim kamieniu powoli się zanurzam, trochę walcząc z prądem, bo nogami rzuca jak szatan. Daje sobie na to wszystko czas, żeby się oswoić, żeby cieszyć się danym momentem. W końcu ta niewidzialna blokada pęka i każde kolejne miejsce postojowe wybieramy właśnie koło górskich strumieni. Jeżdżąc dopóki nie znajdzie się to idealne, malownicze na uboczu, gdzie będziemy mogli być blisko natury, najbliżej jak się da!

Droga Trolli. Pobudka o świcie po walce z wiatrem kołyszącym naszą sypialnię i transport w jednym. Szybka kąpiel w górskim strumyku, krople deszczu na twarzy nie przykrytej ani gramem makijażu. Rozcięta stopa małżonka, który pełen poświęceń wspina się jak kozica po skalnych stopniach, żeby zrobić żonie idealne zdjęcie, takie jakie sobie wymarzyła, kiedy myślała o poznawaniu Norwegii. Kawa pita w samochodzie po drodze w kolejne magiczne miejsce. Żółty kapturek, mały plecaczek. Ogrom radości, wdzięczności i szacunku do natury w najpiękniejszej okazałości. Kolejny dzień w Norwegii.

Kąpiele w górskich strumykach mimo dość chłodnej wody były dla mnie codziennym celem. Tu zupełnie pomijane ukryte miejsce, które przypadkiem odkryliśmy w trakcie drogi. Krótki przystanek na obiad. A ja, wiadomo…

Wszędobylskie owce. Za każdym razem cieszyły po stokroć leniwie przechadzając się po drodze, wstrzymując ruch na kilka, kilkanaście minut.

Wybierając miejsca noclegowe z dnia na dzień byliśmy coraz bardziej wybredni. Na początku cieszyliśmy się z wolnego pobocza przy trasie w lesie, żeby szybko można było dostać się na Preikestolen. Później już zachciało się strumyczków, otwartych przestrzeni i pięknych widoków. Nie było to trudne, bo Norwegia zachwyca na każdym kroku. Po prostu jechaliśmy przed siebie i zatrzymywaliśmy się w miejscach totalnie zapierających dech w piersi. To poniżej poprostu większe pobocze przy trasie. Zero ludzi. Tylko fiordy i my. Jedząc kolację wieczorem nogi moczyliśmy w wodzie siedząc na skałkach, a rano pijąc poranną kawę obserwowaliśmy wypogadzające się niebo leżąc wygodnie na kocyku w samochodzie..

Nie chodziłam po górach, bo się ich bałam. W pamięci miałam moje ataki lęku przestrzeni. To nic przyjemnego i całe ciało odpychało mnie od kierowania się na górskie szlaki.
W tym roku postanowiłam się przełamać. Zaczęłam od krótkich spacerów, spokojnych wypraw, robiąc małe kroki do przodu.
Starałam się opanować strach przy zbliżaniu się do przepaści, oswajałam się w bezpiecznych miejscach z widokami otwartych przestrzeni pod nogami i stawałam przy oszklonych tarasach widokowych jak najbliżej, żeby przyzwyczajać wzrok do czegoś co będę fundowała mu coraz częściej.
Nie chcę dłużej pozwalać na to, żeby strach dyktował mi warunki tego gdzie mogą stanąć moje nogi…

Droga Atlantycka to punkt na mapie podróży, na którym bardzo zależało Arkowi. Choć nie była to najtańsza podróż, było warto! Urocze żółte domki, spontaniczne postoje widokowe i dronowe szaleństwa <3

Na sam koniec postanowiliśmy zawitać do Oslo. Samochodem. To nie był najlepszy pomysł, bo nie znając miasta błądziliśmy w poszukiwaniu miejsca parkingowego tonąc w gąszczu zakazów. Po krótkim spacerze w najsłynniejszym turystycznie rejonie miasta, stwierdziliśmy, że jednak ciągnie nas bardziej do bycia blisko natury i czym prędzej pojechaliśmy pod Oslo. Tak Arek postanowił zrobić mi niespodziankę…

Najpierw morski kajak był marzeniem Arka. Później mi nie dawał spać. Myślałam o nim miesiącami, podglądając pływające kajaki na morzu koło domu. Wynajem wydawał mi się za drogi, kupno własnego odkładałam na kiedyś, bo zawsze były ważniejsze wydatki. Tak naprawdę to podświadomie bałam się, bo od dziecka mi powtarzano, że potrafię się potknąć na prostej drodze i najpewniej mam coś z błędnikiem. Kiedy Arek ostatniego dnia w Norwegii zrobił mi niespodziankę, cieszyłam się jak norka, że w końcu wsiądę na kajak o jakim marzyłam! Musiałam trochę oszukać właściciela, że wiem jak się z nim obchodzić, a w duchu trzęsłam się jak galareta. “Uważajcie na promy, szybko pływające łódki, dziś dużo ludzi na wodzie. Wiecie jak wejść do kajaka po wypadnięciu?” Mhm, obydwoje mieliśmy sporo obaw, ale spróbowaliśmy, ja z aparatem, bo uparłam się, że muszę zrobić pamiątkowe zdjęcie. Szybko żałowałam tej decyzji po pierwszych mocniejszych falach, ale nie zrezygnowałam. To było piękne doświadczenie i tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że taki kajak w końcu zdobędę! Norwegia otworzyła mnie na wiele nowego, powalczyła z przekonaniami na własny temat, poprowadziła za rękę i pokazała właściwą drogę…

Wrócę tu… jeszcze nie raz!

Veganama Opublikowane przez: