Moja droga do weganizmu

Moje przejście na weganizm to nie była decyzja podjęta w 5 min. Nie było to związane z tym, że ten rodzaj odżywiania staje się co raz popularniejszy. Nie chciałam nikomu zaimponować, Nie była to też kolejna dieta odchudzająca. W moim przypadku był to proces trwający co najmniej kilka miesięcy. Ciężko mi jest dokładnie określić ten czas, bo wszystko przyszło naturalnie, bez planowania.

Zacznijmy od tego, że zanim to się zaczęło, jadłam wszystko. Poza nielicznymi wyjątkami takimi jak podroby, niektóre owoce morza, sushi. Nie zwracałam uwagi na planowanie posiłków, odżywiałam się nieregularnie. Jadłam to, na co mam ochotę i o różnych porach dnia i… nocy. Moja figura pozostawiała wiele do życzenia. Chorowałam często. Co najmniej 2 razy w sezonie jesienno-zimowym. Z lekarzem laryngologiem znałam się bardzo dobrze i jak tylko do niego szłam, wiedziałam, że będzie antybiotyk i zapalenie krtani/zapalenie gardła/grypa/zapalenie oskrzeli. Standard. Poza tym dochodziły do tego jakieś przeziębienia i wirusy w ciągu pozostałych miesięcy. Gripex i inne leki przeciw przeziębieniu kupowane w dużej ilości, zawsze coś było w domu. Teraz jak to piszę to mi trochę przykro, że kiedyś tak żyłam i uważałam, to za normalne.

FAZA 1

Zaczęłam próbować różnych diet, ze względu na swoją wagę. Źle się czułam we własnym ciele. Nosiłam rozmiar 40/42. Najdłużej byłam na Dukanie. Za długo. Fakt schudłam dużo, ale ilość skutków ubocznych jaki niesie ta dieta jest zatrważająca. Zaczęłam też ćwiczyć na siłowni, w domu. To był pierwszy moment kiedy zainteresowałam się odżywianiem, dietami. Teraz z perspektywy czasu widzę, że to było potrzebne, mimo, że wybór tego rodzaju odżywiania nie był dobry. Przekonałam się na własnej skórze co robią z człowiekiem nieodpowiednio skomponowane posiłki, monotonne jedzenie i ograniczanie się z kalorycznością. Czy wiecie, że w diecie Dukana, dozwolona była Coca Cola light?! Jak mogła nie zapalić mi się czerwona lampka przed oczami, jak zobaczyłam w jego książce taką rzecz! Jeżeli chodzi o chorowanie to nic się nie zmieniło.

FAZA 2

Zaszłam w ciążę. Podczas tych 9 miesięcy odrzucało mnie od mięsa i ryb. Miałam anemię, zalecano mi jedzenie wątróbki, wołowiny itp. Jadłam przez pewien czas, ale anemia mimo to wciąż była. Tłumaczyłam to sobie tym, że zawsze miałam słabe wyniki żelaza i czerwonych krwinek, a takie niedobory w ciąży to powszechna sprawa. Po pewnym czasie przestałam. I to był moment przełomowy. Dobrze mi było z tym. Można powiedzieć, że stałam się wegetarianką. W tym samym czasie w wyniku spotkań z różnymi ludźmi trafiły w moje ręce książki dotyczące zdrowego odżywiania. Chłonęłam te wiedzę jak gąbka. Dowiedziałam się, że istnieje coś takiego jak kasza jaglana (aktualnie moja ukochana kasza, bez której nie wyobrażam sobie życia i potrafię zjeździć pół miasta, żeby ją kupić). Chorowanie nadal się zdarzało, ale ponieważ w ciąży nie można brać leków, leczyłam się domowymi sposobami (imbir, czosnek, cytryna, miód, witamina C lewoskrętna). To również przełomowy moment, bo od tej pory nie kupiłam ani razu żadnego leku przeciwgrypowego i przeciw przeziębieniom. Nie mówiąc o antybiotykach. Minęło ponad 2 lata i nadal nie posiadam.

FAZA 3

Urodziła się Matylda. Nadal nie jadłam mięsa. Jednak w wyniku mojej anemii w ciąży i konfliktu grup głównych krwi Mati miała niedokrwistość. Musiała być leczona. Wiele wizyt u lekarzy, bo jeszcze doszły alergie skórne. Arek jest alergikiem na wiele rzeczy, więc spodziewaliśmy się, że i nasze dzieci mogą nimi być. W szpitalu zalecono maści, drogie specyfiki do kąpieli. Chodziliśmy do różnych lekarzy, radziliśmy się wielu osób. Jednak finalnie trafiliśmy na Panią doktor naturopatkę. Kolejny moment przełomowy. Dowiedzieliśmy się wielu rzeczy o zdrowym odżywianiu, dostaliśmy zalecenia dotyczące mojej diety podczas karmienia piersią, aby wyeliminować alergię, Wprowadziłam te zmiany w mój jeszcze wegetariański jadłospis i stałam się WEGANKĄ. W zaleceniach od Pani doktor była między innymi eliminacja nabiału i glutenu. Robiłam to z bólem serca, bo kochałam ser żółty. Na początku było ciężko, ale to co działo się ze mną po około 1 tygodniu jest niesamowite. Lepiej się czułam, miałam więcej energii, byłam bardziej pozytywnie nastawiona do świata. Może uważacie, że przesadzam albo koloryzuję, ale to szczera prawda. Nigdy wcześniej się tak nie czułam. Już wiedziałam, że to moja droga. Dlaczego miałabym wracać do odżywiania, które sprawiło, że byłam ociężała i miałam gorsze samopoczucie. Było tylko lepiej. Nie chorowałam. Matylda urodziła się w październiku, więc to środek sezonu na moje chorowanie. Nic mnie nie brało. Nawet jak Arek był chory i rozsiewał wirusy po domu. Matyldzie zniknęła alergia w momencie. Czytałam co raz więcej książek o zdrowym odżywianiu. Otworzyłam oczy na to co się dzieje w przemyśle spożywczym (!). Kupowałam wegańskie książki kulinarne. Czułam się coraz pewniej w wegańskim gotowaniu. Miałam wrażenie, że moje życie zmieniło się o 180 stopni. Nabrało lepszej jakości. Miałam większą ochotę na sport. Ćwiczyłam w domu. Doszłam do najlepszej formy jaką miałam w życiu. Zaczęłam biegać. Mój mąż mówił, ze ma żonę wersję 2.0.

FAZA 4

Byłam już bardzo wkręcona w weganizm. Czytałam co raz więcej książek na ten temat, obserwowałam blogi. Do gotowania już nie zawsze potrzebowałam przepisów. Eksperymentowałam, poznając nowe smaki, przyprawy. Sprawiało mi to ogromną frajdę. Eliminowałam coraz więcej produktów odzwierzęcych w swoim życiu. Z jedzenia miód. Z życia codziennego kosmetyki zawierające składniki pochodzenia zwierzęcego i testowane na zwierzętach. Jednak nie od razu. Nie wszystkie na raz. Powoli. Poznawałam nowe firmy, szukałam informacji. Nadal posiadłam pewne rzeczy firm, mających składniki odzwierzęce. Czasem nie umiałam znaleźć wegańskiego odpowiednika. Dawałam sobie czas.

FAZA 5

Zakładam bloga, na początku nieśmiało, informując znajomych o tym, że jestem w kolejnej ciąży. Konsultuję się z dietetykiem specjalizującym się w wegańskich ciążach. Uzyskuję ogrom informacji i inspiracji. Jestem pod dobrą opieką i czuję się świetnie całą ciążę. Jestem aktywna fizycznie prawie do końca. Nie tyję tyle, ile w pierwszej ciąży. Nie pojawiają mi się rozstępy. Resztę znacie z bloga. Lilianka rodzi się zdrowa, a ja szybciej wracam do siebie. Aktualnie jestem na etapie eliminowania odzieży, która ma w swoim składzie odzwierzęce składniki. Jak na razie idzie mi tak sobie. Nie chcę się zmuszać na siłę do wyrzucenia/oddania wszystkich swetrów zawierających wełnę w składzie lub skórzanych butów. Po prostu staram się nie kupować już więcej produktów zawierających niechciane składniki. Nie jest to łatwe jesienią, bo jednak do wielu swetrów/płaszczy dodawana jest aktualnie wełna. A ja takowych aktualnie potrzebuję. Więc szukam. Ale na spokojnie. Daję sobie czas, aby to, że eliminuję te produkty nie było karą, tylko świadomym, przemyślanym wyborem.

Mam nadzieję, że dobrnęliście do końca. Wiem, długa ta historia. Jednak każda jej część jest ważna. To te wszystkie momenty sprawiły jaką jestem osobą teraz i jakich wyborów dokonuje na co dzień. Nie namawiam nikogo na siłę do weganizmu. Ale zachęcam do prób, eksperymentowania i edukacji o zdrowym żywieniu. W końcu „jesteś tym co jesz”.

Ten wpis dedykuję Matyldzie, mojej kochanej córeczce, która zmieniła moje życie. Mam nadzieję, że kiedyś go przeczyta i zobaczy jak wielkim szczęściem była i jest dla mnie.

MatimamaMA5 MA1MA3

Veganama Opublikowane przez: