List kobiety do kobiety…

Odeszły mi wody. To musi być to, no przecież się nie zsikałam… Arek jedziemy do szpitala. Z ręcznikiem między nogami jedziemy autem na izbę przyjęć z torbą spakowaną jak na dwutygodniowe wakacje. Po drodze wody odchodzą niczym z wodospadu Niagara, a u mnie w sercu mieszanina strachu i radości. Jak stąd wyjdziemy, Matylda będzie już z nami! Przeżyję wszystko. To będzie nasze pierwsze dziecko i wszystko się ułoży. Przede mną dwie kobiety zostają odsyłane do innych szpitali, mnie przyjmują. Mam jakąś pieczątkę, że mają przyjąć, co by się nie działo. Znajomości myślę sobie, ale jestem szczęściarą, nie każdy tak ma. Czy oby na pewno cieszysz się, że Cię nie odesłali, Marta?

Zdaję sobie sprawę, że wolałabym być gdzieś indziej, kiedy wchodzisz Ty. Kobieta w otoczeniu innych kobiet. Na kolejnej zmianie lekarzy, bo poród nie idzie zbyt dobrze. Matylda nie schodzi w dół, po podaniu oksytocyny, wielokrotnych badaniach „ręką” nic nie idzie do przodu. Jestem zestresowana, bo w między czasie obok urodziło już kilka kobiet, a u mnie nie idzie. Mam niski próg bólu, skurcze, jestem wrażliwa, boli, boję się. Widzę, że jesteś silną kobietą, pomożesz mi, w końcu jesteś ordynatorem oddziału, znasz się na rzeczy. Mówię Ci o swoich obawach, płaczę, strach potęguje się, bo mówisz, że musisz mnie zbadać. Mówię, że boli, a Ty na to „ja Ci pokaże co to znaczy boli” i wykonujesz mocny ruch. Nie umiem określić słowami bólu i upokorzenia jakie czuję i zamykam się w sobie. Nie wiem co dalej, w końcu jestem w trakcie porodu, nie mogę sobie wyjść i zaszyć się w domu. Muszę tu zostać, muszę zaufać, że dostanę odpowiednią pomoc. Ale od kogo? Przecież na dyżurze jesteś Ty… Potem słyszę od Ciebie, że „ta Pani woli być badana przez Panów”. kiedy proszę, żebyś już mnie nie dotykała i poprosiła o ginekologa, który mnie prowadził. Mój poród kończy się cesarskim cięciem, kiedy w szpitalu Ciebie już nie ma. Po kilkunastu godzinach prób drogą naturalną jest mi wszystko jedno jak. Chcę tylko urodzić zdrowe dziecko. Na sali operacyjnej trzęsę się. Nie wiem już czy ze strachu, zmęczenia, upokorzenia, a może tego, że nie ma przy mnie nikogo bliskiego, kogoś komu mogłabym zaufać. Słyszę za to, że jak się nie uspokoję to anestezjolog mnie zaintubuje…

Po porodzie jestem tydzień w szpitalu, Matylda ma żółtaczkę, musimy być na miejscu. Widuję Cię codziennie na obchodzie. To najgorszy moment w trakcie dnia, wcześniej się budzę, jestem niespokojna. Powodujesz, że całe moje ciało spina się na Twój widok. Ty kobieta. Może matka. Człowiek, posiadający uczucia. Słyszę później, że taka jesteś, że masz swoje problemy, może w ten sposób odreagowujesz. Nic z tym nie robię. Nie zgłaszam, nie chcę o tym rozmawiać, leżę w szpitalu smutna, przygnębiona, a przecież ledwo urodziłam dziecko. Po jakimś czasie opowiadam znajomym, o tym co mnie spotkało, mówiąc, że cieszę się, że tylko to, bo naczytałam się o porodach w Polsce i sądziłam, że wygrałam los na loterii. Słyszę, że kobiety kiedyś miały ciężej, nie było znieczuleń, były gorsze warunki, więc nie daję sobie przyzwolenia, żeby przejść przez te uczucia, jakie towarzyszyły mi podczas porodu. Wypieram, mówię. że nic się takiego nie stało. A stało się, bo to już niemal 5 lat, a ja wciąż pamiętam jak wtedy wyglądałaś, jaki zapach był na sali, detale, słowa. Dopiero teraz godzę się z tymi emocjami, chcę je zaakceptować, zostawić to za sobą. Jest mi niesamowicie przykro, że spotkało mnie to od Ciebie, drugiej kobiety. Ty przecież powinnaś rozumieć mnie najlepiej…

Myślałam, że już więcej nie zajdę w ciążę. bałam się, że coś takiego może mnie spotkać kolejny raz. Nie spotkało. Nie było Cię przy porodzie. Za to byli cudowni troskliwi ludzie, którzy kilkoma ciepłymi słowami i normalnymi ludzkimi odruchami pokazali, że można urodzić dziecko w ciepłej i przyjaznej atmosferze.

Chciałabym, żeby żadnej kobiety nic takiego nie spotkało, żeby podczas tak ważnych chwil i żadnych innych badań lekarskich nie czuła się zagrożona, upokorzona i zawstydzona. Tym bardziej, kiedy w danej sytuacji jesteśmy my kobiety, które powinny się wspierać, pomagać jak…kobieta, kobiecie…

Veganama Opublikowane przez: