Islandia pełna magii #1

O wyjeździe na Islandię marzyłam od pierwszego roku studiów. Pamiętam wykłady z geologii (studiowałam geografię) i prezentacje studentów, którzy co roku wyjeżdżali badać lodowce na Islandii. Oglądając zdjęcia i słuchając ich opowieści nieśmiale w myślach powiedziałam sobie, że sama kiedyś tam pojadę. Te uniwersyteckie wyprawy na tamten czas były dla mnie zupełnie nierealne. Latały tam jedne linie, bilety były bardzo drogie, a na wyjazd była zabierana sama śmietanka studentów dziennych (ja studiowałam wieczorowo, więc nawet nie śmiałam marzyć, żeby zostać częścią ekipy).

Marzenie o odwiedzeniu Islandii ciągle we mnie siedziało. Uaktywniło się, kiedy zamieszkałam w Szwecji, kilka lat po skończeniu studiów. Wiedziałam już wówczas, że północ to moje miejsce. W tym klimacie czuję się najlepiej i trafiając na zdjęcia z Islandii u różnych fotografów, których obserwowałam, podsycałam to zauroczenie. Kalkulowaliśmy z Arkiem podróż na Islandię wiele razy. Będąc na początku w Szwecji z niepewną sytuacją finansową, z małym dzieckiem, a później kolejnym w drodze, wyprawa życia zeszła na drugi plan. W międzyczasie na swój kierunek podróży poślubnej wybrała bliska mi osoba. Wspaniale było obserwować jak spełnia marzenie! Po przeczytaniu jej wpisów opisujących podróż i koszty z tym związane, stwierdziliśmy z Arkiem, że to jeszcze nie czas na Islandię (ups!).

Kolejnym wydarzeniem w moim życiu, które spowodowało, że jeszcze bardziej ciągnęło mnie na Islandię, było rozpoczęcie terapii u psychologa. Wprawdzie otworzyłyśmy Puszkę Pandory i ten proces leczenia wciąż trwa, ale poczułam wewnętrznie, że wspaniałym zwieńczeniem terapii i zamknięciem pewnych wydarzeń w swoim życiu byłby projekt zdjęciowy właśnie na tej wyspie. Zupełnie nie wiedziałam jak to zorganizować, jak zebrać zespół ludzi, którzy by mi w tym pomogli, ale czułam, że to coś co po prostu muszę zrobić dla siebie. Do tego tematu nawiążę jeszcze w drugiej części wpisu, ale teraz po krótce opiszę jak na Islandię w końcu trafiłam.

W Szwecji, zaczynając przygodę z fotografią kilka lat temu, poprosiłam o spotkanie fotografkę, którą jakimś cudem znalazłam w internecie. Trafiłam na nią na facebooku. Obejrzałam prace, zajrzałam na stronę i poczułam jakiś nieopisany prąd, który mnie przeszył. Jakieś wewnętrzne przeczucie, że muszę do niej napisać. Że muszę ją poznać. Zaufałam intuicji, napisałam wiadomość i ku mojemu zaskoczeniu kilka dni później siedziałyśmy na kawie. Nie chcę się rozpisywać za długo, zalewać się łzami przed komputerem i wprowadzać Was szczegóły, ale tak właśnie zaczęła się nasza przyjaźń. Dużo zawdzięczam Marcie. Uważam ją przede wszystkim za pięknego człowieka, na drugim miejscu świetnego fotografa i cieszę się, że w kraju który daje mi tyle szans, szansę dała mi również Marta.

Całkiem niedługo po powrocie z Norwegii, kiedy przeżywałam swego rodzaju Katharsis, Marta napisała do mnie z pytaniem, czy chcę zrobić jakiś projekt na Islandii. Odpowiedziałam, że tak, lekko zaskoczona, bo nie wprowadzałam ją jeszcze w szczegóły i jakby czytała w moich myślach (ha! nie po raz pierwszy)

 

Marta zaproponowała, żebym pojechała z nią na Islandię i pomogła jej przy realizacji projektu zdjęciowego dla marki z którą współpracuje. Od razu się zgodziłam, wiadomo! Wiedziałam, że będzie pięknie i emocjonalnie znając Martę, więc ucieszyłam się, że będę mogła być częścią tego przedsięwzięcia.

Na lotnisku jeszcze nie dowierzałam, że lecimy, ale kiedy zaczęło trząść samolotem (ku uciesze Marty heh) nad Islandią, wiedziałam, że to się dzieje!

Nie obyło się bez przygód, bo okazało się, że nasze bagaże z nami nie poleciały (tylko kolejnym samolotem, bo nasz był przepełniony bagażami turystów lecącymi do Stanów i mających przesiadkę na Islandii). Także lecąc na kilka dni na zdjęcia miałyśmy przy sobie na szczęście sprzęt (zawsze przy sobie!) rzeczy, które założyłyśmy rano i ciepłe trekingowe buty, które zajmowały za dużo miejsca w bagażu  (ufff, to już coś!). Na resztę pozostało czekać.

-Zaczyna się magia! Zobaczysz, wykorzystałyśmy już swoją pulę przypałów <3

Długo nie czekałyśmy… Zaopatrzone w małe buteleczki wina na „polanie” koło lotniska chowając się od wiatru i czekając na modeli, którzy mieli przylecieć za chwil kilka zobaczyłyśmy piękną tęczę, obok której filmowo przeleciał samolot. Czy to nie najpiękniejszy początek przygody? Chrzanić bagaże…

Zdjęcia: Marta Moosiątko Streng + Marta Mytych

Veganama Opublikowane przez: