Hola Fuerteventura!

Wyspy Kanaryjskie są jak na razie drugim moim ulubionym kierunkiem wyjazdowym, po Północy. Miejscem błogiego lenistwa, dobrego jedzenia, słońca, księżycowych krajobrazów i serdecznych ludzi. Panuje tu swego rodzaju porządek (szczególnie architektoniczny- Lanzarote LOVE), dominują pastele, cienie od wszechobecnych palm i najpyszniejsze sosy Mojo Rojo i Mojo Verde, którym nie mogę się oprzeć.

Ostatnio na Wyspach Kanaryjskich byliśmy z Arkiem we dwójkę, jeszcze przed ślubem. Pracowałam wtedy jeszcze w Polsce biurze podróży i pamiętam moje planowanie każdego dnia, każdej atrakcji. Takie zboczenie zawodowe rzekłabym. Przywykłam po prostu do takiego zwiedzania, bo nasze podróże służbowe zawsze zawierały w sobie milion aktywności.

Tym razem nie ruszyłam palcem przy planowaniu. Nie śmiałam wręcz, bo cały wyjazd na Fuerteventure zainicjował Arek, który po długiej zimie i dość intensywnym czasie w pracy, zamarzył o rodzinym odpoczynku w ciepełku. Już nie wyskakiwałam z moimi północnymi propozycjami wyjazdowymi (choć wiadomo, ceny biletów na Islandię i Svalbard sprawdziłam).

 

Było dokładnie tak jak chciał. Ciepło, kilometrowe piaszczyste plaże, basenowe szaleństwa z dziećmi, zimne piwko na leżaczku i road trip z przystankami przy pięknych punktach widokowych i bajecznych zatoczkach.

Chwile grozy przeżyliśmy z dronem, który przy wiatrach Fuerteventury nie chciał do nas wrócić. Napracował się chłopak i pomógł zrobić epickie zdjęcie, do projektu, który znaczy bardzo wiele…

Obiecaliśmy sobie jednak, że nie będziemy na tym wyjeździe skupiać się na zdjęciach (bo ja potrafię się totalnie zatracić na urlopie jeżeli chodzi o fotografowanie) i ograniczymy do minimum media społecznościowe. Wprawdzie ja miałam zajęcia online w szkole, więc jeden dzień spędziłam na omawianiu zbliżającej się wystawy, ale poza tym staraliśmy się jak najwięcej odpoczywać…

Jak nie lubię się opalać, tak przyznaję, że krótkie drzemki ze słomkowym kapeluszem na głowie miały miejsce kilka razy. Czerwony nos, spalone ramiona i wysyp piegów na plecach <3

W wodzie byłam codziennie. Ciepła, zimna, ocean, basen. To nie miało znaczenia. Cieszyłam się pływaniem, zabawami z dziewczynami, nurkowaniem, czasami po prostu unoszeniem się na wodzie. Czysta radość.

Jednak największą radość sprawiało mi poranne bieganie po plaży. Arek wstawał pierwszy. Po 5:00. Biegał, wracał, budził mnie i kładł się jeszcze na moment, czekając na mój powrót i wczesne śniadanie. Tak zaczynaliśmy dni codziennie. Ja o 6:00 przeskakiwałam przez zamknięte ogrodzenie hotelowe, zdejmowałam buty i biegałam póki starczyło mi sił. Bez liczenia kilometrów, tempa i presji nie wiadomo czego. To był czas tylko dla mnie ze słuchawkami na uszach, z najlepszą muzyką (lub bez żeby posłuchać szumu oceanu) i swoimi myślami. Wschody były epickie, oczy się szkliły, a ja czułam niesamowite szczęście i doceniałam po stokroć piękno świata w najlepszej postaci. Nikogo na plaży, tylko ja, zmieniające się w zawrotnym tempie kolory nieba i mój przyspieszony oddech. Magia <3

Po aparat sięgałam dość rzadko, choć oczywiście na wyjazd zabrałam cały arsenał sprzętowy. Nadźwigałam się jak to ja. Jednak na przyszłość obiecałam sobie, że jedzie ze mną jedynie analog i 2-3 rolki 35 mm filmu.

Arek również nie przepuszczał okazji kąpielowych. Zresztą w Szwecji już rozpoczął sezon pływacki w kwietniu, także temperatura oceanu mu bardzo odpowiadała!

Po bezdrożach woził nas Fiat Panda, cieszę się, że wszyscy cali i że oddaliśmy go w jednym kawałku, bo trasy którymi prowadziła nas nawigacja zdecydowanie były przeznaczone na samochodów 4×4 🙂

Kocham cienie padające od tamtejszej roślinności i oczywiście najchętniej bym coś pobroiła aparatem portretowo (jeszcze tu wrócę!)

Trochę przez przypadek odkryliśmy słynną Popcorn Beach, która podobno jest hitem w social mediach. Wcale się nie dziwię, bo po raz pierwszy w dłoniach trzymałam kamyki, które wyglądały jak popcorn, choć były tak twarde, że spacer po plaży uskuteczniłam w klapkach.


Sprzętu foto wzięłam dużo, ale ciuchów mało. Kimono od Natalii Siebuły, słomkowy kapelusz, biała męska koszula i szorty z second handu były moją bazą.

A najważniejsi w tym wszystkim byli oni. Ich uśmiechy, ich słowa, ich tulasy, szczęście na twarzach. „Mamo przykryje Cię” jak się źle czułam w samolocie, „mamo choć pływać”, „mamo choć zaśpiewamy tacie”. Wieczorne czytanie bajek, szwedzkie piosenki, opalone ramionka, wspólne rodzinne selfie i teksty Lili które nas kładły na łopatki.

Wolność…

Veganama Opublikowane przez: