Garderoba minimalistki- podstawy

Kilka lat temu byłam zakupocholiczką (zaczynam z grubej rury). Pracowałam w sklepie z odzieżą, lubiłam modę, radość sprawiało mi tworzenie „total looków” klientkom, wymyślanie stylizacji na manekiny. Przez to, że miałam spore rabaty na ciuchy, miałam ich mnóstwo. Nosiłam bardzo dużo kolorowych rzeczy. Lubiłam beże, brązy, printy i szpilki w kolorze fuksji na niebotycznie wysokim obcasie. Czerń się pojawiała, ale nie był to mój główny kolor. Teraz moja szafa diametralnie się zmieniła. Zmieniła się, bo i zmieniło się moje podejście do odzieży. Zaczęło drażnić mnie, że wiele rzeczy było z różnej bajki, często kupowanych pod wpływem impulsu, przecen, a jeżeli w lumpeksie, to patrząc na logo. Jakość była rzeczna drugorzędną, liczyły się trendy. Ilość butów, torebek i dziwnych dodatków zakładanych kilka razy w roku zaczęła mnie przytłaczać. Po co ja to kupiłam? Bluzki, które po jednym praniu wyglądały jakby były noszone kilkanaście miesięcy, ścierająca się biżuteria, torebki, których uszy urywały się po kilku cięższych spacerach z zakupami. Na co to komu? No właśnie, mi chyba nie.

T-shirt Momu

Moja transformacja trwała kilka lat. Zaczęłam oddawać ubrania rodzinie i znajomym, sprzedawać i pozbywać się nieprzemyślanych zakupów. Nadal w mojej szafie widniały wyraziste kolory, ale było ich znacznie mniej. Za to coraz więcej pojawiało się czerni, szarości, granatu.

Moje kolory

Kalosze Hunter, Buty Fairma Ethical Design

Droga do moich kolorów była długa, ale był to najważniejszy punkt, jaki określił moją minimalistyczną szafę. Miotałam się niesamowicie, tak jak z kolorem swoich włosów (wiele lat nosiłam czarne, czarne z niebieską poświatą. czarne z czerwonymi refleksami, brąz z jasnym balejażem, aż w końcu stanęło na blondzie i moim naturalnym słowiańskim odcieniu).

Na przestrzeni kilku ostatnich lat zaczęłam się zastanawiać się, w jakich tonacjach najlepiej się czuję. Widziałam to najlepiej po częstotliwości noszenia ubrań w różnych kolorach. Postanowiłam więc, że nie będę na siłę odziewać się w to za czym nie przepadam, a jest modne, tylko zostanę przy tym w czym najlepiej się czuje i noszę z przyjemnością. Teraz kiedy widzę swój wieszak z najczęściej noszonymi ubraniami jestem bardzo dumna, że panuje na nim taki ład kolorystyczny. Czerń, szarość, trochę granatu, trochę przygaszonej bieli.

Sukienka COS

Według analizy kolorystycznej mojego typu urody jestem zgaszonym latem, więc pasują do mnie : piaskowa żółć, karmelowy brąz, jasne i średnie szarości, biel kremowa, wszystkie zgaszone, mniej intensywne odcienie niebieskiego, np. gołębi błękit, zgaszony granat, błękit nieba, malinowa czerwień, karmazynowa czerwień, żurawinowa czerwień, głęboki, pudrowy róż, jasny granat, szmaragd, zieleń morska, oliwkowa zieleń, ciemny turkus. Jak widzicie moje ulubione kolory zgadzają się z tym co mówi analiza kolorystyczna. Według niej krzykliwe kolory są nie dla mnie, czyli moje odczucia, że w fuksji i kobalcie jestem „przebrana” są nie bez powodu. Poza tym taką analizę traktuję jak drogowskaz, nie trzymam się sztywno wszystkich barw, żeby nie dać się zwariować.

Kroje dopasowane do mojej sylwetki

Tunika COS

Zawężenie krojów odzieży jakie noszę bardzo ułatwia mi zakupy i oczywiście sprawia, że czuje się komfortowo na co dzień. Już nie wciskam się na siłę w biodrówki, które swego czasu były dla mniej jednym dopuszczanym rodzajem spodni. Nie noszę obcisłych mini spódniczek, ani sukienek. Dresowe spodnie, dzwony, t-shirty z printami lub dużymi napisami i obcisłe sweterki to przeszłość. Polubiłam się za to z ubraniami oversize, trójkątnymi dekoltami, spódnicami z wysokim stanem. W mojej szafie jest dość klasycznie, ale przez to, że ubieram się w bardzo stonowane kolory, nie boję się od czasu do czasu zaszaleć z formą. Uwielbiam głębokie dekolty na plecach, marszczenia na bluzkach i sukienkach, które potrafią w delikatny sposób sprawić, że dana rzecz jest bardzo prosta, ale i efektowna. Moją bazą są czarne sukienki. Te noszę bardziej dopasowane, ale za to stawiam na długość midi, do której pasują zarówno trampki, sandałki jak i szpilki. Lubię je za to, że są bardzo uniwersalne. Noszę je do pracy, kiedy fotografuje, na co dzień, na imprezy. Zmieniam jedynie dodatki, fryzurę, które za każdym razem tworzą nowy „look”. Lubię rzeczy, które można nosić na wiele sposobów.

Stawiam na jakość

Płaszcz Tretorn, T-shirt COS

Jakość odzieży jaką aktualnie kupuje jest dla mnie szalenie ważna. Jestem metkowym sprawdzaczem, niezależnie od tego czy kupuję przez internet, czy w galerii handlowej. Potrafię wydać więcej pieniędzy na odzież moich ulubionych marek, kiedy wiem, że będą długo mi służyły. Znam już swoje kolory i kroje, więc łatwiej mi jest określić co będzie się u mnie sprawdzało. Tak mam np. z sukienkami z Risk Made in Warsaw, które swoje kosztują, ale jeszcze nie zawiodłam się na żadnej i noszę je z wielką przyjemnością od kilku lat. Inwestuję w dobrą bazę mojej garderoby, zostawiając miejsce na jakieś szaleństwa danego sezonu. Polując w lumpeksie, materiał z jakiego wykonana jest dana rzecz jest dla mnie bardzo istotny. Często można to już wyczuć w ręku, ale zawsze szukam potwierdzenia w składzie. Przekonałam się również, że nie ma co kupować podróbek i warto inwestować w sprawdzone klasyki. Najlepszym przykładem są dla mnie kalosze Hunter, które mam już kilka lat i noszę je na okrągło, zarówno zimą z ocieplaczami, jak i podczas deszczowej pogody. Tak samo piankowe klapki Birkenstock, służą mi już kolejny rok i mimo mocnej eksploatacji, nie wyrzuciłam ich po jednym sezonie, jak to bywało wcześniej.

Marki, którym ufam

Miewałam takie okresy, kiedy byłam mocniej związana z jakimiś markami. Zaczęło się od kilu rzeczy, które się sprawdzały i dana firma zdobywała moje zaufanie. Niestety niektóre marki z biegiem czasu zaczynały oszczędzać na materiałach, odzież traciła na jakości i się żegnaliśmy. Teraz mam kilka, które chętnie kupuje, ale po tych wpadkach z jakością, bardzo zwracam uwagę na materiał i wykonanie. Czasem zdarza się jakiś niewypał i nie chcę od razu obrażać się na firmę, więc po prostu używam, obserwuje i oczywiście w między czasie nie zamykam się na nowości. O moich ulubionych markach będę jeszcze pisać, ale z moich ostatnio odkrytych polskich perełek mogę Wam serdecznie polecić Tyszert i Nenukko. Obydwie marki zachwyciły mnie doskonałą jakością. Nigdy nie miałam jeszcze tak miłej w dotyku bluzki jak od Tyszerta i o przemyślanym kroju, który pięknie wysmukla sylwetkę. Nenukko za to bardzo przypomina mi minimalistycznego faworyta ze Szwecji -COS i rozwiązał mój problem z poszukiwaniem idealnej dużej torby, która jest mi potrzebna na zbliżające się studia. Poza tym jestem wielką fanką skandynawskich firm odzieżowych, które oprócz dobrych materiałów, uwodzą mnie swoimi ciekawymi krojami. ACNE, &Other Stories i COS to moi zdecydowani ulubieńcy. A co najlepsze odzież tych marek jest bardzo często dostępna w szwedzkich second handach, więc wyostrzam mój zmysł lumpeksowego łowcy i wynajduję perełki, które później namiętnie eksploatuje.

Jeansy Acne Studios

W kolejnych wpisach z serii Garderoba Minimalistki, skupię się na konkretach. Poznacie moje ulubione sukienki, kroje spodni, ulubione marki odzieżowe, materiały, które najbardziej lubię. Podzielę się również lumpeksowymi perełkami i akcesoriami bez których nie mogę się obejść. Bądźcie ze mną!

Veganama Opublikowane przez: