Dieta dr Dąbrowskiej zaczynam! # 1 tydzień

Wieki myślałam o poście warzywno-owocowym, ale ciągle było coś. Karmienie, wyjazdy, okazje, początek szkoły, czas był ciągle nieodpowiedni. W tym roku obiecałam sobie kontynuować realizację odwlekanych badań i zabiegów związanych ze zdrowiem. Los przyśpieszył usg piersi i mammografie całkiem niedawno, testy na alergie pokarmowe kilka miesięcy temu. Lista na 2018 jest już zrobiona, a na niej dieta dr Dąbrowskiej.

Czemu tak bardzo mi na niej zależy? A dlatego, że poleciła mi ją naturopatka u której byłam w zeszłym roku. Powiedziała, że przydało by mi się „gruntowne sprzątanie” organizmu i odbudowanie flory jelitowej. Od tego powinnam zacząć. Wprawdzie nie mam żadnych chorób przewlekłych, ale w ostatnim czasie żyję w dość sporym stresie, przez co spadła mi odporność. Włosy i skóra są suche, paznokcie się łamią, cera jakaś taka zmęczona. Wcześniej przy przygotowaniach do półmaratonu przytrafiły mi się kontuzje. Postanowiłam więc odwdzięczyć się mojemu organizmowi za to, że jeszcze jakoś się trzyma w całości i spróbować diety, którą polecało mi również kilka innych osób.

Na czym polega dieta

Dieta dr Dąbrowskiej to głodówka lecznicza, która ma oczyścić i wzmocnić prawidłowe działanie organizmu. Głodówka ma uruchomić trawienie wewnętrzne, przez odstawienie białek, tłuszczy i węglowodanów szybko wchłanialnych. Dzięki temu organizm pozbywa się bezwartościowych złogów, zdegenerowanych tkanek, bo wykorzystuje je jako źródło energii. I tak najpierw zaczyna trawić nadmiar tkanki tłuszczowej oraz zbędne komórki: schorowane, zniszczone, zmutowane i takie, w których skumulowane są toksyny i metale ciężkie. W ten sposób nasze ciało pozbywa się wszystkiego, co zakłóca prawidłowe funkcjonowanie organizmu i zaczynają działać naturalne mechanizmy samoleczenia.

Wiem, że wielu z Was waha się lub zastanawia się, czy podoła przy dość intensywnym trybie życia. W końcu to 6 tygodni! Ja próbuję. Nie zmieniam nic w moich obowiązkach i normalnym funkcjonowaniu, stawiam sobie wyzwanie, którego nagrodą (mam nadzieję!) będzie poprawa zdrowia i lepsze samopoczucie. Będę z Wami na bieżąco i super szczerze w takich tygodniowych podsumowaniach. Lecimy z pierwszym!

1 dzień

Spakowałam do plecaka jabłka, ciepłą wodę z cytryną i imbirem i poszłam do szkoły. Taka decyzja o poście. Ledwo postanowiłam, że zaczynam, a już bym chciała przerwać przechodząc koło kawiarni na dworcu. Tu często kupuję kawę rano, to taki mój rytuał. Będzie ciężko, myślę sobie, ale z różową butelką pełną wody idę przez śnieżne ulice i myślę sobie o tym co dziś powinnam zjeść. W połowie dnia zaczęłam kichać i pogarszało mi się samopoczucie. Pod koniec dnia bardzo bolała mnie głowa i czułam, że coś mnie rozkłada. Mam wysoką gorączkę i się pocę. To przeziębienie, czy pierwszy kryzys ozdrowieńczy? Oby to pierwsze, bo jak tak dalej pójdzie to wyzionę ducha. Już wiem, że nie pójdę do szkoły (dobrze, że nic ważnego nie mamy).

2 dzień

Budzę się z bólem głowy. Nie lubię. Nie miewam bólów głowy. Czytam, jak się pozbyć. Oczyścić jelita, od razu przejdzie. Wierzę, robię, przechodzi jak ręką odjął. Temperaturę nadal mam, ale staram się trochę spać, wygrzewać się w łóżku. Później zaczyna się jazda. Ból bioder i lędźwi jest tak silny, że nie mogę przybrać pozycji, żeby nie bolało. Przypominają mi się bóle przepowiadające i z początku porodu Matyldy. A już myślałam, że ich więcej nie poczuje! Męczące to strasznie, bo nawet leżenie sprawia ból. Nie śpię pół nocy, budzę się i kręcę. Tak jestem skupiona na biodrach, że jedzenie jest dla mnie sprawą drugorzędną. Humor poprawiają mi starte jabłka i Netflix.

3 dzień

Matko, czy ten ból kiedyś przejdzie? Przecież tak się nie da funkcjonować. Nie mogę się schylać, nie mogę siedzieć, ledwo leżę. Do tego to wstrętne przeziębienie i gorączka. Pocę się jak mysz. Myślenie o jedzeniu jest nadal drugorzędne. Jak pozbyć się bólu? Próbuję się rolować, odrobinę pomaga, ale nie długo. Jednak kontynuuje tę czynność cały dzień. Zaczynam też robić sobie ciepłe okłady poduszką ze zbożem (jak to się fachowo nazywa?). Pamiętam jak pomogło mi przy kontuzji po bieganiu. Ufff trochę przynosi ulgę, ale również nie na długo. Pytam jeszcze na grupie wsparcia na fb, czy ktoś się z tym zmagał. Są dwie dziewczyny, które czują to samo. Kładę się spać z nadzieją, że wszystkim nam przejdzie.

4 dzień

Jest lepiej, nadal boli, ale mniej. Spałam lepiej, choć budziłam się w nocy, bo nie mogłam znaleźć sobie dobrej pozycji. Dziewczyny też mówią, że ból odpuszcza. Nadal rolka i poduszka z ziarnami. Zaczynam też robić delikatne rozciąganie, muszę w końcu wrócić do normalności. Po kilku godzinach jest już znacznie lepiej, choć nadal czuję takie mrowienie w podbrzuszu. Jakby bóle menstruacyjne plus ucisk w prawej części kręgosłupa lędźwiowego. To tu miałam kontuzję. Jeju, żeby tam wszytko ładnie się zaleczyło. Wcinam kotlety z kalafiora, które zrobił mi Arek, frytki z dyni i planuje kolejne posiłki. Mam spore wzdęcia po południu, czytałam, że to częsta przypadłość na poście. Oby szybko przeszło, bo między innymi dlatego zdecydowałam się na post. Wzdęć mieć nikt nie lubi, ja zwłaszcza i moje mom jeans też.

5 dzień

Kręgosłup lędźwiowy ma się lepiej. Już mogę normalnie siedzieć, więc mogę trochę popracować na komputerze! Trochę czuję się jak w trakcie leczenia kontuzji po bieganiu. Nadal czuję przeziębienie, ale to już chyba końcówka. Mam zatkany nos. Te „niby bóle menstruacyjne” okazały się prawdziwymi bólami menstruacyjnymi, więc jestem aktualnie w niezłym młynie. Post, przeziębienie, okres i obolały kręgosłup. Ale dam radę, to już 5 dzień! Dziś mocniej zatęskniłam za kawą, kiedy Arek przygotowywał dla siebie filiżankę espresso. Ach ten zapach. Wieczorem nachodzi kryzys. Taki w głowie. Zajadając kotlety kalafiorowe od Arka piszę ze łzami w oczach do przyjaciółki, że wszystko jest nie i ble. Brzydka, gruba, zaniedbana, nic nie umiem, nie ogarniam życia. Czy post Dąbrowskiej leczy też głowę? Jak tak, to pierwszy etap za mną. Za namową przyjaciółki staram się zrelaksować. Wiem czego mi brakuje! Chipsów jabłkowych. Wracam z nimi i z butami z wyprzedaży (-70%). Ostatnia para, czekała na mnie.

6 dzień

Czytam i czytam o diecie dr. D i już rozumiem, czemu tak szybko spadło mi 4 kg. To zbędna woda, która miałam zatrzymaną w swoim ciele. Wydaje się dużo? Dla mnie tak, ale zupełnie tego nie czuję po swoim wyglądzie. W spodniach nadal wyglądam tak samo, a jeszcze dokuczają mi wzdęcia, więc nawet w niektóre się nie dopinam. Dopiero w kolejnych fazach nasz mądry organizm włącza wewnętrzne odżywianie i eliminuje nagromadzone złogi, tłuszcz, ogniska zapalne i zwyrodniałe komórki. Liczę się z tym, że to nie koniec z moimi bólami kręgosłupa lędźwiowego, bo miałam z tym rejonem sporo problemów. Jestem jednak dobrej myśli. To już szósty dzień, a ja trzymam się całkiem nieźle. Poza wyżej wspomnianymi niedogodnościami kręgosłupa czuje się dobrze, głód nie dokucza zbyt mocno. Ratuję się jabłkami i garnkiem zupy brokułowo kalafiorowej. Nie czuję znacznego zmęczenia, przeziębienie też jakby ustępowało. Mam nadzieję, że odporność wróci na dawny poziom, a ja intensywnie myślę nad zredukowaniem stresu. Zaczynam od jogi. Dziś z Adrienne. Lubię bardzo!

7 dzień

To już siódmy dzień! Budząc się nie czuję większego głodu, zaczynam od wody i soku grejpfrutowego. Jestem pod wrażeniem, że nie mam wilczego głodu rano po tylu dniach postu. Dziś w końcu wyściubiłam nos poza dom, pojechaliśmy wszyscy do szkoły robić zdjęcia do mojego projektu książkowego. Dopadł mnie mały głód w trakcie, ale wracając do domu podjechaliśmy po chipsy jabłkowe do pobliskiego sklepu i spokojnie dałam radę do kolejnego posiłku. Na wadze zeszło kolejne 0,5 kg, czyli łącznie 4,5 kg od poniedziałku. W obwodach łącznie 10 cm, ale tak jak pisałam wczoraj, nie czuję tego po sobie. Fakt, czuję się lżej, ale w ciuchach wyglądam tak samo. Dziś wieczorem zrobiłam krem z pomidorów do szkoły. Zabiorę też dwa jabłka i zobaczymy jak to będzie. Mam jutro sporo do załatwiania, ciekawa jestem jaki będzie mój poziom energii. Tymczasem zbieram się za jogę z Adrienne.

Veganama Opublikowane przez: