Czy terapia ma sens?

To pytanie zadawałam sobie kilkanaście miesięcy. Mimo wielokrotnych rozmów z osobami, które terapie u psychologa przebyły i mówiły, że to była najlepsza decyzja w ich życiu. Nie wierzyłam. Bo jak rozmowa z kimś obcym może sprawić, że w moim życiu będzie lepiej. Jak mam takiej osobie opowiadać o swoich traumach, najgłębszych przemyśleniach, wstydliwych sytuacjach.

Nieświadomie sama siebie przygotowywałam na rozpoczęcie terapii, bo kilka miesięcy przed jej rozpoczęciem w moje ręce trafiały głównie książki powiązane z coachingiem, oscylujące wokół tematów psychologicznych. Wydawało mi się, że jakąś wiedzę mam. Tylko czemu skoro ją mam nadal czuję się tak, a nie inaczej. Coś mnie blokowało. Coś czego nie umiałam sobie sama przetłumaczyć.

Kiedy mój organizm wołał o pomoc, wszechświat chciał, żebym na swojej drodze spotkała pewnego psychologa, który polecił mi moją aktualną terapeutkę. Do dziś nie mogę się nadziwić, że to wszystko zaklikało, bo gdyby cała sytuacja miała miejsce 2 lata temu, nic z tego by nie wyszło. Bałam się przeokropnie, ale czułam, że jestem gotowa. Gotowa na zmiany i lepsze życie.

Przyjeżdżałam do Polski specjalnie na terapię. Czasem łącząc to ze zdjęciami, a czasem ze względu na krótki czas i zmęczenie po sesjach, kończyło się wyłącznie na terapii. Większość wakacji i pieniędzy, które zaoszczędziłam poszła na terapię. Nie było szaleństw wakacyjnych, ale wiedziałam, że to jest ważniejsze. Że tak czy inaczej muszę to zrobić dla siebie. To mi pokazały pierwsze sesje. Moja terapeutka powiedziała, że reaguje w tempie ekspresowym, że widać, że jestem gotowa, że chcę przejść przez najgorsze. Zamknęłyśmy bolesne rany bardzo szybko. Wyszły też rzeczy, których w życiu bym nie podejrzewała, że mogą mieć wpływ na to jaka jestem. Jak reaguje na otaczający mnie świat. Dowiedziałam się o tym jak pewne słowa i decyzje rodziców mogą ukształtować światopogląd małego chłonnego umysłu. Niewinnej jednostki. Nauczyłam się dzięki temu, czego nie mówić i nie robić moim dzieciom. Dziękuje za to. Jestem bogatsza o przykre doświadczenia, które sprawiły, że nauczyłam się chronić przed nimi innych.

Terapia nie jest łatwa. Zajęło mi chwilę, żeby wrócić i mówić o doświadczeniach, o których nie opowiadałam praktycznie nikomu. Wstyd? Strach przed osądzeniem? Brak zaufania? Przełamałam się, ale po sesjach byłam wyczerpana. Potrafiłam iść spać w środku dnia albo gapić się tępo w okno przez kilka godzin. Byłam wypłukana z emocji. W środku wakacji, kiedy dookoła ludzie cieszyli się z najpiękniejszego czasu w roku, ja przechodziłam przez trudny czas. Nie miałam siły na spotkania, wyjazdy, walczyłam. Mojemu mężowi należy się pomnik za moje skoki nastrojów od euforii po depresję. Nasz wyjazd do Norwegii zorganizował sam, bo ja byłam w epicentrum terapii EMDR i nie myślałam o niczym innym. Zwyczajnie nie umiałam się skupić. Będę mu wdzięczna do końca życia za ten czas, bo zadbał o mnie najlepiej jak potrafił i zajął się wszystkim, tak żebym nie musiała myśleć o chociażby planowaniu programu wyjazdu (co zawsze lubiłam robić).

Przez ostatni czas byłam mocno skupiona na sobie, zapominałam, byłam rozkojarzona, gubiłam rzeczy, płakałam, ale dałam radę. Dla siebie, dla mojej rodziny i przyjaciół. Żeby być silniejszą dla moich dziewczyn, dawać im przykład. Wiedziałam, że to ten czas kiedy muszę to zrobić, bo im dłużej zwlekam, tym bardziej się zapętlam i tym samym nie oddziałuje dobrze na otoczenie.

Oddech teraz jakby głębszy, uśmiech szerszy, a akceptacja samej siebie przeszła na inny level.

Terapia EMDR była dla mnie kosmosem, nie wierzyłam w nią. Natomiast przy tym co mnie spotkało w życiu była jedną słuszną formą terapii. Podczas rozmów z przyjaciółką określałam ją egzorcyzmami, bo to co się ze mną działo było dla mnie nie z tego świata. Wchodziłam do gabinetu w radosnym nastroju, wierząc, że to już koniec terapii i nie mam o czym mówić, a wychodziłam rozdygotana, bo okryłyśmy coś niespodziewanego, co siedziało we mnie od kilkunastu lat. Blokady, błędne przekonania, kompleksy… Nazbierało się tego trochę i to jeszcze nie koniec. Ale największy syf za nami. Wierzę, że decyzja o terapii była jedną z lepszych w życiu. Długą drogą do poznania siebie, zatroszczenia się o swoje wnętrze, zamknięcia spraw, które blokowały i bolały całe życie.

Nie bój się spróbować, jeżeli czujesz, że tego potrzebujesz. Nie wstydź się. Daj sobie do tego dojrzeć i podaj samemu sobie pomocną dłoń. Nikt nie zadba o Ciebie lepiej, niż tym sam <3

Jeżeli chcecie abym opowiedziała więcej o terapii EMDR, proszę dajcie znać, a postaram się w oparciu o swoje doświadczenia przybliżyć ten rodzaj leczenia.
Veganama Opublikowane przez: