5 rzeczy których nauczyłam się na emigracji

Od naszej przeprowadzki do Szwecji minęło już ponad 2,5 roku. To był dla mnie czas wielu zmian. Totalnie nie wiedziałam jak ułoży się nam życie w nowym kraju. Byłam bardzo pozytywnie nastawiona, bo chciałam zamieszkać w Szwecji od dłuższego czasu, jednak napotkałam na sporo barier. Ale nie ze strony tego skandynawskiego kraju, tylko mojej własnej osoby. Już Wam wcześniej wspominałam, że dopiero kilka lat temu wyszłam z własnego cienia. Kiedyś bałam się wychylić, raczej szłam za tłumem i nie do końca wierzyłam w spełnianie marzeń. Ciepła posadka, praca biurowa, jak najmniejsza odpowiedzialność za cokolwiek. Dopiero na emigracji wzięłam się tak naprawdę za siebie. Trochę dlatego, że w niektórych przypadkach nie miałam innego wyjścia. Trochę dlatego, że emigracja pokazała mi, że zdana jedynie na siebie (brak pomocy rodziców, babć, tłumaczów, opiekunów do dzieci), jestem w stanie sobie poradzić. Emigracja również przewartościowała moje priorytety, nauczyła mnie doceniać pewne rzeczy. bardziej niż wtedy, kiedy miałam je „pod ręką”. Zresztą zobaczcie sami co zmieniło we mnie te niecałe trzy lata w Szwecji.

Języki

Z używaniem języków obcych miałam zawsze ogromny problem. Nie dlatego, że ich nie znałam. W końcu uczyłam się angielskiego od czasów przedszkolnych. W liceum doszedł niemiecki, który opanowałam dość szybko. Jednak mówić, czy to po angielsku, czy po niemiecku zawsze się wstydziłam. W pracy unikałam rozmów z zagranicznymi klientami, na wyjazdach zawsze robił to za mnie Arek. „Idź, Ty się szybciej dogadasz” powtarzałam za każdym razem, kiedy przychodziło do dogadania się po angielsku. W Szwecji miałam jeszcze większe opory przed mówieniem po angielsku. Szwedzi w każdym wieku mówią perfekcyjnie w tym języku, więc to był mój „must have” na początek, żeby cokolwiek załatwić. Pamiętam jak się stresowałam przed samodzielnym wyjściem do sklepu, żeby zwrócić za duże spodnie. Oczywiście wypychałam Arka, ale on powiedział, że kiedyś muszę się przełamać. Ile mogę stać za jego plecami i chować się przed rozmowami. Jakoś poszło. Później doszły sprawy urzędowe, przedszkole, rozmowy ze starszymi osobami na mieście. Bariera pękła. Do tego stopnia, że seriale oglądaliśmy bez napisów, a ja zaczęłam czytać coraz więcej książek po angielsku. Oczywiście nadal pracuję nad tym językiem, ale mam wrażenie, że wskoczyłam na wyższy poziom. Co do szwedzkiego to szczerze mówiąc, na początku czarno to widziałam. Ten język bardzo mi się spodobał i chciałam się go nauczyć, jednak sama sobie zakodowałam, że to bardzo trudne i minie wiele lat zanim się nauczę mówić płynnie. Przez to, że przez pierwsze półtora roku siedziałam głównie w domu, bo byłam w ciąży i Matylda nie chodziła do przedszkola, to nauka szła mi bardzo powoli. Nie miałam gdzie praktykować mówienia, a jeżeli już to przeskakiwałam na angielski. Teraz jest znacznie lepiej, bo się zawzięłam, porozmawiałam sama ze sobą w duchu i postanowiłam, że zrobię wszystko, żeby się nauczyć. Kurs i meet upy pomagają. ale też walczę ze sobą, żeby w każdej codziennej sytuacji zaczynać od szwedzkiego. Zobaczcie jakie to przewrotne, kiedyś bałam się mówić po angielsku, a teraz stał się on moim pomocniczym językiem. Używam go jedynie, jak już nie umiem dogadać się po szwedzku. Więcej o nauce szwedzkiego napiszę Wam jeszcze w oddzielnym poście. Jednak mogę śmiało powiedzieć, że progres jest ogromny w obydwu przypadkach.

Proszenie o pomoc

Ze mnie to taka Zosia Samosia. Jak sama nie umiałam sobie poradzić z problemem, to raczej nie prosiłam o pomoc innych osób. Raz, że nie chciałam obarczać innych swoimi sprawami, a dwa, że jakoś dusiłam w sobie, żeby otworzyć się, przed obcą osobą. Tak było praktycznie całe moje życie. Jestem raczej introwertyczką i pisanie bloga było sporym wyzwaniem dla mojego charakteru. Na emigracji bywały sytuacje, kiedy nieznajomość języka, brak pomocy do dzieci zmuszała nas do sytuacji, aby o tą pomoc poprosić. To było dla mnie dość ciężkie doświadczenie na początku, ale spotkałam się z ogromną życzliwością i dlatego przekonałam się, że proszenie o pomoc nie boli. Sama chętnie pomagam, kiedy tylko mogę i okazało się, że tak samo jest w drugą stronę. Wystarczy zapytać, poprosić, nikt się nie domyśli, czego w danej sytuacji nam potrzeba. Poza tym jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi, zaczęłam prosić wszechświat o pomoc. Zaczęłam bardzo intensywnie pracować nad pozytywnym myśleniem i afirmacjami. Możecie co nieco przeczytać o tym we wpisie o potędze podświadomości.

Otwartość na ludzi

W Polsce miałam sporo znajomych, najbliższych przyjaciół z którymi spotykaliśmy się od czasu do czasu. Jednak były to wieloletnie znajomości. Znajomości z liceum, studiów, pracy, rzadko pojawiał się ktoś „nowy”. Mam wrażenie, że byliśmy z Arkiem zamknięci na nowe przyjaźnie. Muszę powiedzieć, że znacznie się to zmieniło odkąd założyłam bloga i wyjechaliśmy do Szwecji. Ale i tutaj musiała zmiana nastąpić w nas samych. Na początku byliśmy mocno zamknięci, brakowało nam przyjaciół z Polski. Po kilku miesiącach pisania bloga, pojawiło się w moim „wirtualnym” życiu sporo osób podobnych do mnie, o podobnych zainteresowaniach, pasjach. Wprawdzie wielu z nich mieszka poza Szwecją, ale nie przeszkodziło nam to, aby przenieść znajomości do świata rzeczywistego. Kiedyś nie wyobrażałam sobie wyjechania do kogoś „obcego” na weekend. Teraz trzęsę się z radości jak norka, kiedy mam taką możliwość. Nie boję się już napisać maila/wiadomości do osoby od której czuję pozytywną energię i kiedy czuję, że nadajemy na takich samych falach. Cieszę się na poznanie każdego nowego człowieka w moim życiu, bo nigdy nie wiem co to dobrego przyniesie. Nie zawsze takie spotkania i wymienianie wiadomości przeradzają się w przyjaźnie. Ale czy zawsze muszą? Dla mnie sam fakt, że nie mam już blokady na poznawanie nowych ludzi jest ogromnym przełomem.

Swobodna jazda autem

Już w Polsce jeździłam autem. Maiłam prawo jazdy kilka lat.  jednak zawsze w dłuższe trasy lub nieznane miejsca prowadził Arek. W Szwecji blokada totalna, nie chciałam wsiadać za kółko, zawsze wynajdowałam wymówki i oczywiście wszędzie jeździł Arek. Poruszanie się po centrum miasta samochodem mocno wykraczało poza moją strefę komfortu. Nawet jako pasażer byłam lekko poddenerwowana tymi wąskimi uliczkami, pieszymi wchodzącymi na ulicę bez względu na kolor światła na przejściu i rowerzystami poruszającymi się jak ninja. A parkowanie w zatłoczonych miejscach powodowało, że przyspieszał mi puls. W końcu zostałam „zmuszona” do jazdy, bo mój mąż miał już dość jeżdżenia na szwedzki całą rodziną, kiedy spóźniłam się na autobus. Byłam na niego wściekła, ale pojechałam. Zaczynałam od krótkich dystansów typu sklep, szwedzki, ale po pewnym czasie zaczęłam robić sobie wyzwania. Nowe miejsce, totalnie nowa dzielnica, centrum miasta, parkowanie przy najbardziej uczęszczanej drodze w Sztokholmie. Po przeprowadzce do leśnego domku jazda samochodem jeszcze bardziej się „zagęściła”. To nasz podstawowy środek komunikacji, nie mamy w pobliżu jeszcze przystanku, więc zostałam zmuszona do jeżdżenia do przedszkola, na zakupy itp. Jazda samochodem w pewnym momencie zaczęła mi sprawiać przyjemność. Do tego stopnia, że jazda w Polsce samochodem rodziców, czy siostry, nie sprawiała mi kłopotu. Kiedyś nie do pomyślenia byłoby, żebym wsiadła w czyjeś auto i pojechała na warsztaty fotograficzne 300 km w nieznane dla mnie miejsce. Teraz kiedy szukam kolejnych warsztatów, odległość nie jest już dla mnie problemem. Mam również w głowie jakieś samotne przejażdżki po Szwecji, ale czas pokaże, czy uda mi się zrealizować plany.

Docenianie czasu z bliskimi

Mieszkając w Warszawie spotkania ze znajomymi wydawały się naturalną częścią tygodnia. Piątek, czy sobota, przecież na kilka godzin można wyskoczyć na kawę/piwko, poplotkować. Jednak mam wrażenie, że wówczas nie doceniałam tych bliskich odległości i swobody z jaką mogłam umawiać się ze znajomymi/rodziną. Teraz dzieli mnie od Polski wprawdzie ponad 1h lotu, ale doliczając dojazdy do lotniska ten czas się wydłuża. Wprawdzie nie jest to jakiś kosmiczny czas, ale szybkie piwko w ulubionej knajpce już robi się weekendowym wypadem do Warszawy. Doceniam bardzo mocno każdą chwilę spędzoną z najbliższymi. Spacer, wspólne przygotowywanie sushi, wypad do wegańskiej knajpki, czy clubbing z przyjaciółką. Chłonę wówczas każdy moment i taki wyjazd do Polski wyciskam jak cytrynkę. Zresztą z niektórymi znajomymi widuję się częściej, niż kiedy mieszkaliśmy wszyscy w jednym mieście. Niezły paradoks, prawda? Zresztą kilka osób żyjących na emigracji powiedziało mi, że mają taką samą sytuację z najbliższymi.

Na pewno czyta mnie sporo osób, które opuściły Polskę. Tymczasowo, a może na stałe? Podzielcie się Waszymi przemyśleniami na temat emigracji. Czego Was nauczyła? Może staliście się pewniejsi siebie, nabyliście nowe umiejętności w tym czasie?

Veganama Opublikowane przez: