5 rzeczy których nauczyłam się na emigracji

Od naszej przeprowadzki do Szwecji minęło już ponad 2,5 roku. To był dla mnie czas wielu zmian. Totalnie nie wiedziałam jak ułoży się nam życie w nowym kraju. Byłam bardzo pozytywnie nastawiona, bo chciałam zamieszkać w Szwecji od dłuższego czasu, jednak napotkałam na sporo barier. Ale nie ze strony tego skandynawskiego kraju, tylko mojej własnej osoby. Już Wam wcześniej wspominałam, że dopiero kilka lat temu wyszłam z własnego cienia. Kiedyś bałam się wychylić, raczej szłam za tłumem i nie do końca wierzyłam w spełnianie marzeń. Ciepła posadka, praca biurowa, jak najmniejsza odpowiedzialność za cokolwiek. Dopiero na emigracji wzięłam się tak naprawdę za siebie. Trochę dlatego, że w niektórych przypadkach nie miałam innego wyjścia. Trochę dlatego, że emigracja pokazała mi, że zdana jedynie na siebie (brak pomocy rodziców, babć, tłumaczów, opiekunów do dzieci), jestem w stanie sobie poradzić. Emigracja również przewartościowała moje priorytety, nauczyła mnie doceniać pewne rzeczy. bardziej niż wtedy, kiedy miałam je „pod ręką”. Zresztą zobaczcie sami co zmieniło we mnie te niecałe trzy lata w Szwecji.

Języki

Z używaniem języków obcych miałam zawsze ogromny problem. Nie dlatego, że ich nie znałam. W końcu uczyłam się angielskiego od czasów przedszkolnych. W liceum doszedł niemiecki, który opanowałam dość szybko. Jednak mówić, czy to po angielsku, czy po niemiecku zawsze się wstydziłam. W pracy unikałam rozmów z zagranicznymi klientami, na wyjazdach zawsze robił to za mnie Arek. „Idź, Ty się szybciej dogadasz” powtarzałam za każdym razem, kiedy przychodziło do dogadania się po angielsku. W Szwecji miałam jeszcze większe opory przed mówieniem po angielsku. Szwedzi w każdym wieku mówią perfekcyjnie w tym języku, więc to był mój „must have” na początek, żeby cokolwiek załatwić. Pamiętam jak się stresowałam przed samodzielnym wyjściem do sklepu, żeby zwrócić za duże spodnie. Oczywiście wypychałam Arka, ale on powiedział, że kiedyś muszę się przełamać. Ile mogę stać za jego plecami i chować się przed rozmowami. Jakoś poszło. Później doszły sprawy urzędowe, przedszkole, rozmowy ze starszymi osobami na mieście. Bariera pękła. Do tego stopnia, że seriale oglądaliśmy bez napisów, a ja zaczęłam czytać coraz więcej książek po angielsku. Oczywiście nadal pracuję nad tym językiem, ale mam wrażenie, że wskoczyłam na wyższy poziom. Co do szwedzkiego to szczerze mówiąc, na początku czarno to widziałam. Ten język bardzo mi się spodobał i chciałam się go nauczyć, jednak sama sobie zakodowałam, że to bardzo trudne i minie wiele lat zanim się nauczę mówić płynnie. Przez to, że przez pierwsze półtora roku siedziałam głównie w domu, bo byłam w ciąży i Matylda nie chodziła do przedszkola, to nauka szła mi bardzo powoli. Nie miałam gdzie praktykować mówienia, a jeżeli już to przeskakiwałam na angielski. Teraz jest znacznie lepiej, bo się zawzięłam, porozmawiałam sama ze sobą w duchu i postanowiłam, że zrobię wszystko, żeby się nauczyć. Kurs i meet upy pomagają. ale też walczę ze sobą, żeby w każdej codziennej sytuacji zaczynać od szwedzkiego. Zobaczcie jakie to przewrotne, kiedyś bałam się mówić po angielsku, a teraz stał się on moim pomocniczym językiem. Używam go jedynie, jak już nie umiem dogadać się po szwedzku. Więcej o nauce szwedzkiego napiszę Wam jeszcze w oddzielnym poście. Jednak mogę śmiało powiedzieć, że progres jest ogromny w obydwu przypadkach.

Proszenie o pomoc

Ze mnie to taka Zosia Samosia. Jak sama nie umiałam sobie poradzić z problemem, to raczej nie prosiłam o pomoc innych osób. Raz, że nie chciałam obarczać innych swoimi sprawami, a dwa, że jakoś dusiłam w sobie, żeby otworzyć się, przed obcą osobą. Tak było praktycznie całe moje życie. Jestem raczej introwertyczką i pisanie bloga było sporym wyzwaniem dla mojego charakteru. Na emigracji bywały sytuacje, kiedy nieznajomość języka, brak pomocy do dzieci zmuszała nas do sytuacji, aby o tą pomoc poprosić. To było dla mnie dość ciężkie doświadczenie na początku, ale spotkałam się z ogromną życzliwością i dlatego przekonałam się, że proszenie o pomoc nie boli. Sama chętnie pomagam, kiedy tylko mogę i okazało się, że tak samo jest w drugą stronę. Wystarczy zapytać, poprosić, nikt się nie domyśli, czego w danej sytuacji nam potrzeba. Poza tym jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi, zaczęłam prosić wszechświat o pomoc. Zaczęłam bardzo intensywnie pracować nad pozytywnym myśleniem i afirmacjami. Możecie co nieco przeczytać o tym we wpisie o potędze podświadomości.

Otwartość na ludzi

W Polsce miałam sporo znajomych, najbliższych przyjaciół z którymi spotykaliśmy się od czasu do czasu. Jednak były to wieloletnie znajomości. Znajomości z liceum, studiów, pracy, rzadko pojawiał się ktoś „nowy”. Mam wrażenie, że byliśmy z Arkiem zamknięci na nowe przyjaźnie. Muszę powiedzieć, że znacznie się to zmieniło odkąd założyłam bloga i wyjechaliśmy do Szwecji. Ale i tutaj musiała zmiana nastąpić w nas samych. Na początku byliśmy mocno zamknięci, brakowało nam przyjaciół z Polski. Po kilku miesiącach pisania bloga, pojawiło się w moim „wirtualnym” życiu sporo osób podobnych do mnie, o podobnych zainteresowaniach, pasjach. Wprawdzie wielu z nich mieszka poza Szwecją, ale nie przeszkodziło nam to, aby przenieść znajomości do świata rzeczywistego. Kiedyś nie wyobrażałam sobie wyjechania do kogoś „obcego” na weekend. Teraz trzęsę się z radości jak norka, kiedy mam taką możliwość. Nie boję się już napisać maila/wiadomości do osoby od której czuję pozytywną energię i kiedy czuję, że nadajemy na takich samych falach. Cieszę się na poznanie każdego nowego człowieka w moim życiu, bo nigdy nie wiem co to dobrego przyniesie. Nie zawsze takie spotkania i wymienianie wiadomości przeradzają się w przyjaźnie. Ale czy zawsze muszą? Dla mnie sam fakt, że nie mam już blokady na poznawanie nowych ludzi jest ogromnym przełomem.

Swobodna jazda autem

Już w Polsce jeździłam autem. Maiłam prawo jazdy kilka lat.  jednak zawsze w dłuższe trasy lub nieznane miejsca prowadził Arek. W Szwecji blokada totalna, nie chciałam wsiadać za kółko, zawsze wynajdowałam wymówki i oczywiście wszędzie jeździł Arek. Poruszanie się po centrum miasta samochodem mocno wykraczało poza moją strefę komfortu. Nawet jako pasażer byłam lekko poddenerwowana tymi wąskimi uliczkami, pieszymi wchodzącymi na ulicę bez względu na kolor światła na przejściu i rowerzystami poruszającymi się jak ninja. A parkowanie w zatłoczonych miejscach powodowało, że przyspieszał mi puls. W końcu zostałam „zmuszona” do jazdy, bo mój mąż miał już dość jeżdżenia na szwedzki całą rodziną, kiedy spóźniłam się na autobus. Byłam na niego wściekła, ale pojechałam. Zaczynałam od krótkich dystansów typu sklep, szwedzki, ale po pewnym czasie zaczęłam robić sobie wyzwania. Nowe miejsce, totalnie nowa dzielnica, centrum miasta, parkowanie przy najbardziej uczęszczanej drodze w Sztokholmie. Po przeprowadzce do leśnego domku jazda samochodem jeszcze bardziej się „zagęściła”. To nasz podstawowy środek komunikacji, nie mamy w pobliżu jeszcze przystanku, więc zostałam zmuszona do jeżdżenia do przedszkola, na zakupy itp. Jazda samochodem w pewnym momencie zaczęła mi sprawiać przyjemność. Do tego stopnia, że jazda w Polsce samochodem rodziców, czy siostry, nie sprawiała mi kłopotu. Kiedyś nie do pomyślenia byłoby, żebym wsiadła w czyjeś auto i pojechała na warsztaty fotograficzne 300 km w nieznane dla mnie miejsce. Teraz kiedy szukam kolejnych warsztatów, odległość nie jest już dla mnie problemem. Mam również w głowie jakieś samotne przejażdżki po Szwecji, ale czas pokaże, czy uda mi się zrealizować plany.

Docenianie czasu z bliskimi

Mieszkając w Warszawie spotkania ze znajomymi wydawały się naturalną częścią tygodnia. Piątek, czy sobota, przecież na kilka godzin można wyskoczyć na kawę/piwko, poplotkować. Jednak mam wrażenie, że wówczas nie doceniałam tych bliskich odległości i swobody z jaką mogłam umawiać się ze znajomymi/rodziną. Teraz dzieli mnie od Polski wprawdzie ponad 1h lotu, ale doliczając dojazdy do lotniska ten czas się wydłuża. Wprawdzie nie jest to jakiś kosmiczny czas, ale szybkie piwko w ulubionej knajpce już robi się weekendowym wypadem do Warszawy. Doceniam bardzo mocno każdą chwilę spędzoną z najbliższymi. Spacer, wspólne przygotowywanie sushi, wypad do wegańskiej knajpki, czy clubbing z przyjaciółką. Chłonę wówczas każdy moment i taki wyjazd do Polski wyciskam jak cytrynkę. Zresztą z niektórymi znajomymi widuję się częściej, niż kiedy mieszkaliśmy wszyscy w jednym mieście. Niezły paradoks, prawda? Zresztą kilka osób żyjących na emigracji powiedziało mi, że mają taką samą sytuację z najbliższymi.

Na pewno czyta mnie sporo osób, które opuściły Polskę. Tymczasowo, a może na stałe? Podzielcie się Waszymi przemyśleniami na temat emigracji. Czego Was nauczyła? Może staliście się pewniejsi siebie, nabyliście nowe umiejętności w tym czasie?

Veganama Opublikowane przez:
  • Ola Malendowicz

    Czytam , czytam …I jakby to bylo o mnie:) Ja wyjechalam do UK na rok a jestem 10 lat:) zdazylam wyjsc za maz I urodzic dziecko:) Mimo ze mam tu znajomych to tesknie za Warszawa, gdzie moglam wyskoczyc bez zadne go problemu na piwko lub cos zjesc:))) Tak jak Ty sie przelamywalam do wszystkiego:) poczynajac od wyjscia do sklepu po znalezienie pracy😉Super blog , cudnie piszesz 👌p.s wlasnie zaczynam prace nad pozytywnymi afirmacjami

    • Ooooo to już długo jesteś 😀 No to mamy to samo. Pochodzisz z Warszawy? Z jakiej dzielnicy, może byłyśmy sąsiadkami? 🙂 To ja jeszcze jestem na etapie poszukiwania. W sensie działam na ilę mogę, ale póki co moja znajomość języka trochę ogranicza moje możliwości… Dziękuje Olu 🙂 Powodzenia z afirmacjami, potrafią działać cuda 😀 Ściskam mocno 🙂

  • Patrz! Nie musiałam nigdzie wyjeżdżać, aby poczuć ile mam z Tobą wspólnego, tyle że ja dopiero raczkuję w tych zmianach 🙂

    • Tak? Serio 😀 Ale ekstra, cieszę się, że nie jestem sama z moją nieśmiałością i przebijającą się „przebojowością” 🙂 Piąteczka w takim razie i życzę powodzenia w walce o nasze lepsze JA 😀

  • Asia

    Dwa i pol, to tez moj czas odkad wyjechalismy. Na poczatku w czworke, z trzema kotami i psem. Od roku jest jeszcze Ala, ale od dwoch miesiecy nie ma Nortona (naszego labradora). Dobrze nam tu gdzie jestesmy, polnoc Berlina, dzika przyroda, jeziora dookola. Jestesmy sami, znaczy bylismy. Ja jako czlowiek od kontaktow ( tak nazywa mnie maz) poznaje co chwila nowe osoby. Sprzyja temu bez watpienia fakt, ze duzo przebywam z dziecmi w plenerze. Mam dwie swietne kolezanki, ktore tu poznalam. I tak razem sie wspieramy. Ja rodzilismybz mezem Alutke, jedna z nich odebrala nasze starszaki z przedszkola i wziela do siebie.
    Tez jestem Zosia Samosia i uwielbiam to, o czy przez nalam sie bedac tutaj. Wiem, ze poradze sobie zawsze, a jak mam watpliwosci to dokladam kilka kilometrow biegu i rozwiewaja sie.
    Prace nad pozytywnym mysleniem rozpoczelam 14 lat temu. A wlsciwie zaglebilam. Tu to rozwijam nadal. I jeszce jedno. Przekonalam sie nie raz, ze nalepsze sa proste rozwiazania. Nie ma sensu komplikowac sobie zycia. Szczegolnie jak sie ma trojke dzieci 🙂
    Pozdrawiam Cie z pozytywna moca.

    • Z nami był pies, ale niestety musiał wrócić do Polski :/ Brakuje mi zwierzaka biegającego po domu. Kota nie możemy mieć- alergia męża, więc liczę, że jeszcze kiedyś psiak będzie z nami. BERLIN, och tyle dobrego słyszałam. Zazdroszczę Ci tej otwartości. Z mówisz płynnie po niemiecku? Mnie ta bariera ciągle męczy :/

      No to powinnam się od Ciebie uczyć pracy nad pozytywnym myśleniem. A zdarza Ci się po tak długim czasie zapętlić w tych negatywnych myślach. Umiesz już na tyle kontrolować, żeby zatrzymać szybko każdą, która nie jest pozytywna? Ja przyznam, że jeszcze mam takie chwile, ale mocno pracuje, żeby się nie pogrążać. Łatwej już mi przychodzi zrozumienie własnych uczuć 🙂

      Proste rozwiązania, jestem na tak 🙂
      Ściskam mocno

  • To niesamowite jak człowiek potrafi się zmienić w obliczu nowych, nieznanych dotąd sytuacji. Emigracja, nawet tak krótka jak moja półroczna, stawia przed tobą ogromne wyzwanie – przekroczenie wszystkich barier i niejako zaczęcie od nowa.
    Z językami jest u mnie podobnie – niby umiem, ale gdy byłam zmuszona coś powiedzieć (szczególnie w stresującej sytuacji), w mojej głowie była jedynie biała, pusta kartka. Wyjazd do Hiszpanii pozwolił mi mocno podkręcić tempo swobodnego porozumiewania się w języku. Trzeba wyjechać, żeby zrozumieć, że poprawnie budowane zdania wcale nie leżą u podstaw udanej komunikacji. Jeśli tylko chcesz, a znasz trzy słowa na krzyż, dogadasz się z każdym 🙂
    Ciężar poznawania nowych ludzi potrafię sobie jedynie wyobrazić. W Hiszpanii byłam na Erasmusie, a jak wiadomo ta wymiana rządzi się własnymi prawami. Tam każdy chciał poznać każdego 😉 Wspólna kawa z dziewczyna ze Słowenii i popołudniowe piwo w niemieckim towarzystwie? Dlaczego nie. Nagle wiek, płeć, narodowość zupełnie przestały mieć znaczenie 😉
    Powodzenia na Twojej szwrdzkiej emigracji! Myślę, że jeszcze sporo się zmieni;) !

    • Dokładnie tak 🙂 Emigracja to szkoła życia, pod wieloma względami. Język przede wszystkim oj tak. Stresowe sytuacje nieźle hartują. Człowiek swoje przeżyje, ale taka terapia szokowa pomaga bardzo skutecznie.

      Zazdroszczę Erasmusa, wiele moich znajomych wyjechało, poznało mnóstwo ludzi. Szkoda, że nie mogłam tego przeżyć. Ale nie ma tego złego, teraz mam powiedzmy namiastkę w mojej szkole przy nauce szwedzkiego 😉

      Bardzo dziękuje za miłe słowa, jest coraz lepiej. Głęboko wierzę, że ten rok będzie dla nas dobry i przełomowy 🙂

  • Katarzyna Ziółkowska

    Widze troszke siebie w tym poscie! 😊😊

    Tez zawsze mialam problem z jezykami. Balam sie ich uzywac. Wstydzilam sie akcentu, balam sie, ze popelnie blad i ktos mnie wysmieje. Przelamalam sie troszke po wyjezdzie do Londynu. Teraz od prawie 5 lat mieszkam w Sztokholmie. Szwedzkiego ciagle sie ucze ale daleko mi do swobodnych rozmow w tym jezyku. Moj angielski tez nie jest idealny ale na tyle dobry, ze od 1,5 roku jestem w anglojezycznym zwiazku z mezczyzna moich marzen i czuje sie z tym komfortowo. Popelniam bledy ale nigdy nie zdarzylo mi sie aby Szwed mnie wysmial. Wielu Polakow owszem ale po prostu trafialam na ten typ ludzi, jesli wiesz co mam na mysli 🙂

    Z jazda samochodem podobnie. Prawo jazdy mam dosc dlugo jednak w Polsce zawsze balam sie jezdzic. Zreszta do dzis sie boje! Zaczelam jezdzic dopiero tu gdy zrozumialam, ze tu jest nieco inna kultura jazdy. Teraz jazda samochodem to przyjemnosc! 🙂

    Nieco inaczej wyglada u mnie opcja z proszeniem o pomoc. Tez straszna ze mnie Zosia Samosia. W Polsce, jesli bylo juz to konieczne, nie balam sie prosic o pomoc. Tutaj sprobowalam kilka razy poprosic rodaka o pomoc praktycznie zaraz na poczatku i niestety strasznie sie przejechalam. Od tej pory ciezko mi nawet przyjac pomoc od kogos kto sam mi ja proponuje. Od jakiegos czasu ciezko nad tym pracuje ale troche potrwa zanim sie w koncu przelamie 🙂

    Emigracja na pewno bardzo zweryfikowala moje znajomosci/przyjaznie ktore okazaly sie nie do konca szczere i prawdziwe. W Polsce mam cala rodzine ale niestety przyjaciol juz nie. Tutaj przez 3,5 roku bylam blokowana przez mojego chorobliwie zazdrosnego bylego z nawiazywaniem znajomosci. Dopiero teraz dzieki mojemu obecnemu chlopakowi, zaczelam otwierac sie na szwedzkie znajomosci i idzie mi coraz lepiej, wiec brawo ja! 😀

    Moge wymieniac i wymieniac bo wyjazd zmienil wiele ale i tak juz sie rozpisalam, wiec pora konczyc ☺

    Milego dnia! 🌞

    • Och Kasia z Vaxholm 😀 My się w końcu musimy jakoś spotkać 🙂

      Gratuluje szczęśliwego związku, wiem jak jest z Polakami i ich podśmiewaniem i krytyką. Przykre to trochę, bo jeszcze jakby sami byli poliglotami i mieli piękny akcent… No, ale cóż zrobić, jedyne to się uśmiechać i nie przejmować takimi tekstami 😀

      O widzisz, czyli z jazdą mamy tak samo 🙂 Myślałam, że tylko ze mnie taki dzikus 😛
      Przykro mi, że tak się zraziłaś :/ Pamiętaj, że nie wszyscy są tacy. Wiem jak łatwo się zamknąć i zdystansować. Mam nadzieję, że się jeszcze otworzysz na nowe znajomości z rodakami. Znam kilka fajnych osób w Sztokholmie 😉

      Brawo Ty 😀 i brawo dla Twojego chłopaka. Na tym właśnie ma polegać związek, żeby wydobywać nawzajem z siebie to co najlepsze 🙂

      Dużo dobrego dla Was i mam nadzieję, że przed nami jeszcze fika 🙂

      • Katarzyna Ziółkowska

        Obecnie Kasia ze Sztokholmu ale na Vaxholm wracam co jakiś czas pospacerowac i odkrywać nowo otwarte miejsca 🙂

        Pogoda coraz piękniejsza, coraz więcej kawiarni otwiera się ‚na zewnątrz’, więc fika jak najbardziej! 🙂

        Wesołych Świąt!

        • 🙂 Hehe no tak 🙂

          No pewnie, a najlepiej fika na kocyku gdzieś w terenie 😀

          Wesołych i dla Was, końcóweczki wprawdzie 😉 My trochę spacerowaliśmy po Szokholmie, trochę sprzątaliśmy leśny domek, to był dobry spokojny czas 🙂

  • Elwina | Cukropuch.pl

    Dla tych i wielu innych plusów bardzo chciałabym wyjechać z rodziną na jakiś czas. Myślę o tym pod kątem „innej nauki życia niż w kraju”, szczególnie dla syna. Wyjechalibyśmy na kilka lat, może na trzy, dwa. Może byśmy wrócili, kto wie co nam do głowy przyjdzie. 😉

    • Warto próbować. My nawet jeżeli mielibyśmy wrócić po kilku miesiącach, to byśmy nie żałowali. Takie doświadczenia bardzo kształtują charakter człowieka, a dzieci otwierają na nowe kultury, języki. Bardzo jestem zadowolna, że nie powstrzymywaliśmy się przed tą decyzją 🙂

  • magdo k.

    Ja tez juz na emigracji ponad 8 lat. W czasie obecnym w Belgii.
    Francuski idzie mi jak krew z nosa 🙂 Ale przynajmniej angielskim wladam calkiem swobodnie.
    Tesknie za rodzina i przyjaciolmi, ale widze tez duzo dobrych zmian w sobie, ktore przyniosla samotna emigracja. Otwartosc, odwaga do probowania nowych rzeczy i poznawania nowych ludzi oraz mniejszy strach przed zadawaniem pytan, czasem tez tych niewygodnych.

    A w tym roku tez bede sie uczyc jezdzic samochodem na nowo! 🙂
    Dajesz mi nadzieje, ze sie da!

    • Oooo Belgia, kilka dni temu wróciłam ze ślubu z Brukseli 🙂

      Francuski chyba nie jest łatwy co? Przynajmniej łatwym się nie wydaje :/
      Sama na emigracji, wow, to dopiero wyzwanie dla strefy komfortu. Ja się tyle miesięcy chowałam w domu, więc podziwiam, że sama ze wszystkim musiałaś dać sobie radę od początku.

      Co do samochodu, to pewnie, że się da 😀 Jak mi się udało, to każdemu 🙂 Trzymam kciuki 🙂

  • The Blond Travels

    Też miałam takie problemy z językiem. Angielskiego uczyłam się od wieków. Rodzice wydali fortunę żeby się go nauczyła. Wysłali mnie nawet do dwujęzycznego ogólniaka, który kosztował ich naprawdę dużo. Wyjechałam do Anglii i co? Bałam się mówić. Wstydziłam się tego, że mnie nie zrozumieją, że będą się ze mnie śmiali. Na szczęście się przełamałam i dzisiaj uczę tego języka i władam nim chyba lepiej niż polskim 🙂

    • Ja też chodziłam na dodatkowe kursy, ale jak byłam młoda i głupia to traktowałam je ja przykry obowiązek i najchętniej urywałabym się z każdej lekcji :/

      Wow uczysz angielskiego? A gdzie obecnie przebywasz? Może po prostu zajrzę na bloga 😛

  • Wiesz jak lubię czytać o Twoich nowych doświadczeniach, przemyślaniach, bo w wielu słowach widzę i odnajduję siebie. To niesamowite jak wiele mamy wspólnego.

    Emigracja mimo wielu plusów ma również swoje negatywne strony, jednak fajnie kiedy z tych minusów wyciąga się wnioski, uczy czegoś nowego i staje się lepszym i pewniejszym siebie człowiekiem. Ciągle stawiasz sobie wyzwania, nie poddajesz się, a z trudnych sytuacji wychodzisz mocniejsza. Brawo! To pokazuje, że jeśli tylko czegoś mocno się chce to jest to na wyciągnięcie ręki.

    A przekuwanie wirtualnych znajomości w te w realu kiedyś było by dla mnie nie do pomyślenia. Cieszę się, że obie do tego dojrzałyśmy, bo mogłoby nas ominąć coś bardzo wartościowego w życiu 🙂

    • No właśnie wielu ludzi przed wyjazdem nie zdaje sobie sprawy z pewnych wad emigracji. Trzeba się z nimi zmierzyć i to zdecydowanie kształtuje charakter. Czasem pewne bariery są bardzo ciężkie do przełamania, więc ludzie wracają. Znam takich trochę i widzę, że najsilniejszy jest czynnik ludzki, w sensie tęsknota za bliskimi.

      Dzięki, staram się cały czas stawiać sobie wyzwania, więc moja strefa komfortu nie ma lekko. Jednak poczucie tego, że staje się silniejsza i dobrze radzę sobie w ciężkich sytuacjach jest dla mnie bezcenne.

      No szkoda by było ominąć tak wartościowe znajomości i przyjaźnie, przez własne uprzedzenia 😉

  • Barbara

    Bardzo ciekawy wpis. Podziwiam ludzi, którzy decydują się na emigrację. Ja osobiście jestem zbyt przywiązana do mojego miasta i ludzi i nie zdecydowałabym się na taki krok. Mimo wszystko uwielbiam wyjeżdżać i zwiedzać świat. Najczęściej jest to oczywiście Skandynawia, bo od dziecka uwielbiałam jeździć tam gdzie zimno 😀 Wsiadamy z mężem na Unity Line, rezerwujemy sobie nocleg w którymś z miast, wypożyczamy rower (koniecznie!) i zwiedzamy wegańskie knajpki 🙂 Wyjazd idealny!

    • Rozumiem Twoje przywiązanie. Ja wprawdzie byłam zdecydowana od razu, bo bardzo chciałam wyjechać do Szwecji, ale oczywiście tęksnie za moim miastem i zawsze z odwiedzam z sentymentem. A bywam bardzo często 😉 Ekstra, że zwiedzacie Skandynawię, sama bardzo bym chciała lepiej ją poznać. Wprawdzie jest plan na ten rok, aby pojeździć autem po Szwecji bardziej na północ, ale jeszcze zobaczymy jak to wyjdzie w praniu 🙂 Ściskam mocno i życzę kolejnych udanych skandynawskich podróży 🙂

  • Super wpis, miło poczytać o pozytywnych aspektach emigracji. My z mężem nosimy się w sobie i zastanawiamy nad emigracją ale na razie jeszcze kilka kotwic nas tu trzyma :-).

    • Trzymam kciuki za podjęcie najlepszej decyzji. Są plusy i minusy emigracji, ale na pewno warto spróbować 🙂

  • Musze pokonać barierę samodzielnej jazdy autem! Kiedyś gdy byłam sama z synem musiałam poruszać się samochodem jednak gdy pojawił się nowy partner odpuściłam gdyż zawsze jazda była dla mnie stresem. Sama myśl, że muszę jechać gdzieś na drugi dzień owocowała źle przespaną nocą więc jednak zastanawiam się czy powinnam się przełamać czy jednak odpuścić?

    • Dla mnie również jazda autem bardzo długo była stresem, baaaaardzo długo 🙂 Ale tak jak napisałam, dopiero wtedy kiedy zostałam zmuszona, przełamałam się. A później już sama sobie wyznaczałam dodatkowe wyzwania samochodowe. Zatłoczone centrum, długa samotna jazda w Polsce. Będzie dobrze, zobaczysz. Ja jeszcze kilka lat temu nie sądziłam, że kiedykolwiek będę jeździć sama autem 😀